I pięknie nam się ten LaMelo zaprezentował. Z niewinnością dzieciaka z reklamy płatków śniadaniowych wywalił z gry Bama, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Gdyby coś takiego odwalił Embiid, Dort albo ten stary kapeć Draymond Green, już by ich zasypywali wapnem gdzieś w lesie pod Beskidami, a eksperci prześcigaliby się w moralnych kazaniach.
Mimo tego cyrku, dziś kolejne pary zmagań w turnieju ostatniej szansy. Magic i 76ers? Kompletnie mnie to nie grzeje. Jak już wcześniej wspominałem, Houston Rockets są moim największym rozczarowaniem tego sezonu, a ich wschodnim kuzynem są właśnie Magic.
Posada Jamahla Mosleya wisi na tak cienkim włosku, że musiałby chyba doprowadzić tę ekipę do finałów, żeby nie dostać eleganckiego kopniaka w zad. Liczyłem, że Magicy narobią w tym sezonie trochę hałasu. Narobili – tyle że dmuchając w nie tę dziurkę, co trzeba. Efekt? Smród, którego nie da się wywietrzyć, bo na zewnątrz zimno. Kwiecień plecień i takie tam.
76ers to z kolei dla mnie projekt spalony, dopóki na liście płac widnieją Paul George i Joel Embiid. Do kompletu dorzućmy jeszcze Edwarda Miszczaka NBA, czyli Daryla Moreya, i mamy idealny zestaw do wywiezienia na taczce prosto na górę kompostu zapomnienia. Owszem, w tym zespole tli się młody duch i potencjał do odbudowy, ale dopóki te grzyby siedzą w szatni rozsiewają zarodniki, nie mam najmniejszej ochoty zawracać sobie nimi głowy. Ta seria jest mi więc równie obojętna jak awans Blazers do play-offów.
Za to starcie Warriors z Clippers to już zupełnie inna historia. Nie tylko dlatego, że być może zobaczymy mojego ukochanego Tingisa Pingisa po raz ostani w NBA. To raczej spotkanie dwóch zmęczonych życiem dusz w Silverowym czyśćcu, które sprawdzają, czy zasługują jeszcze na chwilę odkupienia.
Warriors to przede wszystkim opera mydlana z udziałem Kumingi i kontuzji Jimmy’ego Butlera. Do tego Curry, który więcej pauzował, niż grał – i szczerze mówiąc, sam fakt, że ta drużyna doczołgała się do play-in, zakrawa na cud. Clippers też mają za sobą niezłą jazdę bez trzymanki: afera wokół Leonarda, tragiczny start sezonu, najstarszy roster w historii, późniejsze odrodzenie, pękające biodro Beala, a do tego transfery Hardena i Zubaca. Słowem – chaos, który jakimś cudem zaczął układać się w sensowną całość.
Statystyki tylko podkręcają atmosferę. Clippers wygrali trzy z czterech spotkań z Warriors w tym sezonie. Kawhi Leonard ma w karierze bilans 25-10 przeciwko Warriors – najlepszy spośród wszystkich aktywnych graczy przy minimum 15 meczach. Jako zawodnik Clippers zdobywa przeciwko nim średnio 25.3 punktów na mecz. Liczę na one man show.
Po przerwie na All-Star Clippers zdobywali średnio 117.4 punktu na mecz w porównaniu do 111.9 wcześniej, notując największy w lidze wzrost o 5.5 punktu.
Pod względem efektywności ofensywnej Clippers zakończyli sezon na 11. miejscu (116.3 OFFRTG), podczas gdy Warriors byli aż osiem pozycji niżej z wynikiem 113.8 (19. miejsce). Co ciekawe, Golden State zdobywali średnio więcej punktów na mecz (114.6) niż Clippers (113.

, ale aby dotrzymać kroku ofensywie Los Angeles, muszą zmniejszyć różnicę w efektywności. Sam Kawhi notował rekordowe w karierze 27.9 punktu na mecz przy imponującym 62,9 TS%.
Nowy wymiar ofensywie Clippers nadał Darius Garland, który nie krył swojego uznania dla rywala, podkreślając, że możliwość rywalizacji z kimś takim jak Currym to dla niego coś wyjątkowego i inspirującego. Stephen odwzajemnił te słowa, wskazując na umiejętności, opanowanie i szybkość Garlanda, które od początku jego kariery zapowiadały bla bla bla … Korporacyjnie i milusio.
A skoro mowa o Stefanie: jego wpływ na grę Warriors jest nie do przecenienia. Z nim na parkiecie drużyna osiąga ofensywny rating na poziomie 119.3 i jest o 8,6 punktu na 100 posiadań lepsza niż bez niego (110.7). Dla porównania, ofensywa Clippers z Leonardem notuje rating 118.6, jednak Los Angeles radzi sobie lepiej niż Golden State, gdy ich lider odpoczywa (113.6).
Warriors przystępują do turnieju Play-In poturbowani. Stephen Curry od powrotu po 27-meczowej przerwie spowodowanej kontuzją kolana rozegrał zaledwie cztery spotkania, notując średnio 20,8 punktu w 26,8 minuty i ani razu nie przekraczając bariery 30 minut. Podkoszowi: Kristaps Porzingis i Al Horford, również zmagali się z problemami zdrowotnymi i tylko raz pojawili się na parkiecie razem z Currym. Tęsknić też będą za Mosesem Moodym, który przedwcześnie zakończył rozgrywki. Warriors będą więc musieli nie tylko utrzymać zdrowie dostępnych weteranów, ale także liczyć na to, że udźwigną oni ciężar minut na poziomie pierwszej piątki + czy młode głowy dojadą na mecz i pomogą awansować dalej, czy też staną się viralem na Brick Center?
Mój typ: Clippers, bo tak szczerze, z głębi serca, lepiej żeby oni dalej pojechali niż ten cyrk obwoźny pod sztandarem kwaśnej miny Steve’a Kerra, który mam nadzieję odejdzie po tym sezonie.


Dodaj komentarz