Play-iny startują, a wraz z nimi to specyficzne uczucie, jakby ktoś otworzył okno w dusznym barze o trzeciej nad ranem. Nagle wpada trochę świeżego powietrza po stęchliźnie ostatnich dni sezonu regularnego, choć wiesz, że za chwilę znowu zacznie śmierdzieć rozlanym piwem i niespełnionymi ambicjami.
No ale skoro liga wrzuca nas w tę karuzelę jednomeczowych dramatów, to wypada coś skrobnąć. Ale bez szału i dramatu, bo to tylko jeden mecz.
Wschód: (10) Miami Heat vs (9) Charlotte Hornets
Powiem to bez bicia: chciałbym, żeby Charlotte to wzięło. Tak po prostu, dla czystej rozrywki i lekkiego zamieszania w ligowym ekosystemie. Nie oznacza to oczywiście, że nagle zacząłem pałać sympatią do LaMelo Balla. Dalej patrzę na niego jak na gościa, który dostał kluczyki do Ferrari, zanim nauczył się parkować (he he he). Niby błyskotliwy, niby efektowny, ale momentami kompletnie niezdyscyplinowany, zwłaszcza gdy odpala trójki z pozycji, które powinny być karalne grzywną. Ale taki jego urok. Ktoś się na to nabiera.
Mimo to trzeba go (jako tako) respektować, podobnie jak Kona Knueppela, który trafia 42.5% rzutów zza łuku i nie zna pojęcia “zła selekcja”. W całym sezonie chłop rzucił najwięcej trójek w całej lidze: 273. Pierwszy debiutant w historii NBA, który tego dokonał. Gość wygląda jakby grał w NBA od pięciu lat, a nie od dziewięciu miesięcy. Dorzućmy do tego mojego człowieka Brandona Millera, a dostajemy zespół, który potrafi rozstrzelać każdego, kto zlekceważy obronę obwodu. Milesa Bridgesa oczywiście jebać maczetami.
Hornets żyją na dystansie są w tym bezczelni jak kieszonkowiec w zatłoczonym tramwaju. Ich ofensywa jest zaprojektowana tak, by generować otwarte pozycje, a kiedy zaczynają trafiać, robi się nieprzyjemnie. Miami musi więc “przynieść ogień”, choć ironia losu polega na tym, że przez większość sezonu byli defensywnie przeciętni. W ostatnim miesiącu aż 13 razy pozwolili rywalom zdobyć ponad 120 punktów, co nie jest statystyką, którą chciałbyś wytatuować sobie na klatce piersiowej przed meczem o życie.
Najlepszym obrońcą Heat pozostaje Bam Adebayo, tyle że nie jest to typowy zabójca na obwodzie, więc ciężar odpowiedzialności spada na Tylera Herro, Andrew Wigginsa, Daviona Mitchella i grającego o poważny piniądz Normana Powella. Jeśli nie wzniosą się na wyższy poziom, Charlotte będzie rzucać jak na treningu.
Dobra wiadomość dla Charlotte jest taka, że Bam raczej nie powtórzy swojego kosmicznego występu na 83 punkty przeciwko Washingtonowi – takie rzeczy zdarzają się raz na pięć żyć. Nie zmienia to jednak faktu, że jest znacznie większym zagrożeniem niż ktokolwiek z podkoszowych Hornets. W sezonie notował średnio 20.1 punktów i 10 zbiórek, a w takich momentach jak play-iny zwykle wrzuca wyższy bieg.
Charlotte odpowiada komitetem: Moussa Diabate, liderem zespołu w zbiórkach, oraz Ryanem Kalkbrennerem, solidnym blokującym, ale dość przeciętnym na tablicach (6,5 zbiórki). Gdyby dało się ich połączyć w jednego zawodnika, Hornets mieliby zawodnika na granicy All-Star.
Hornets byli jedną z najlepszych drużyn NBA w ostatnich dwóch miesiącach sezonu – i nie, to nie jest literówka. Jeszcze dwa dni po Nowym Roku mieli bilans 11-23, by ostatecznie zakończyć rozgrywki z 44 zwycięstwami. Pomogło względne zdrowie tego ciecia Balla i fakt, że Knueppel nie zaliczył typowej dla debiutantów “ściany”. Grają z rzadko spotykaną pewnością siebie, z bezczelnym swaggerem, a organizacja desperacko pragnie zakończyć najdłuższą w lidze serię bez play-offów, trwającą dziewięć lat.
Miami ma ogromną przewagę doświadczenia i pod wodzą Kołcza Spo potrafią być nieobliczalni, nawet bez mega gwiazdy. Mimo to Dru Smith i Nikola Jović są out w tym spotkaniu, a Pelle Larsson i Simone Fontecchio może zagrają, a może nie…
Ale w meczu o wszystko często wygrywa drużyna będąca na fali. A Hornets są rozgrzani do czerwoności i grają u siebie. A jakby tego było mało, Hornets w ostatnim starciu z Heat po prostu ich rozjechali 136-106. Trzydzieści punktów różnicy. To nie był przypadek.
Mój typ: Hornets, ale jak przejdzie Miami to też fajnie.


Dodaj komentarz