NBA wróciła. No, dobra – pre-season, więc jeszcze nie całkiem NBA, raczej jej przedsionek, poczekalnia z plastikowym krzesłem i automatem z kawą, ale jeden mecz wystarczył, żeby człowiek poczuł się jakoś inaczej. Luźniej. Zanim jednak przejdziemy do parkietu, należy odgrzebać małe sprostowanko.
NBA Media Day 2026
Mega mi słabo, że nie miałem czasu właściwie zająć się tegorocznym Media Day. Zazwyczaj zlewam ten cały PR-owy bełkot, bo jest to mniej więcej rozmowa o pogodzie z człowiekiem, którego nie lubicie, ale przypadkiem zderzyliście się z nim wózkiem w Biedronce i teraz przez trzy minuty musicie udawać, że wszystko jest w porządku. Tym razem jednak padło kilka takich smaczków, że nawet mnie, człowieka zasadniczo odpornego na korporacyjną papkę, morda się uśmiechnęła.
Łysy LeBron James i druga runda w 76ers
Najlepszy był dla mnie łysy LeBron, który argumentując wybór Sixers, stwierdził, że nie zamierzał zostawić rodziny, żeby odpaść w drugiej rundzie. Piękne. Naprawdę piękne. Nie wiem tylko, czy Rich Paul zapomniał dopisać mu na tej białej tablicy, którą targał przez całe lato od podcastu do podcastu, że Philadelphia ostatni raz wyszła poza drugą rundę w 2001 roku. Może komuś umknęło. Może marker odmówił posłuszeństwa? Co by nie było, to przecież nie chodzi o pierścienie. Liczy się fun z gry, prawda?
Wpadka w Sacramento
Było też Sacramento, gdzie podczas transmisji live doszło do małej katastrofy w postaci włączonego mikrofonu. I nagle prywatna rozmowa dwóch dziennikarek przestała być prywatna, bo technologia postanowiła przypomnieć wszystkim, że prywatność jest dzisiaj luksusem mniej więcej takim jak zdrowy rozsądek w sekcji komentarzy. Kobiety swobodnie, momentami złośliwie, oceniały wygląd i charakter Bena Simmonsa oraz Zacha LaVine. Mikrofon słuchał. Internet słuchał. A reszta świata dostała kolejny mały dowód na to, że za każdym oficjalnym komunikatem, uśmiechem do kamery i poprawną odpowiedzią istnieje normalny, brudny ludzki świat, w którym ludzie mówią do sobie rzeczy, których absolutnie nie powinni mówić do włączonego mikrofonu.
NBA zmienia zasady
I teraz: NBA rzeczywiście wróciła na parkiet, przynajmniej na tyle, na ile pre-season można uznać za powrót. Heat zagrali z Raptors i z tego całego przedsięwzięcia da się na razie wyciągnąć jedną konkretną rzecz: od tego sezonu NBA będzie gwizdać jako faul ofensywny takie push-offy jak ten poniższy, którego dopuścił się Scottie Barnes, ulubieniec Redaktora Kryspina. SGA rzekomo głośno przełyka ślinę.


Dodaj komentarz