I po świętach. Kurz jeszcze unosi się w powietrzu jak wyrzuty sumienia po tanim winie, więc coś skrobnę, zanim znowu człowiek zacznie udawać, że wszystko ma pod kontrolą.
Bond i NBA?
Miał być wcześniej tekst o tym, jak w Wielki Piątek, pokrzepiony butelką Komesa Barley Wine, myłem okna dla Jezuska. Takie polskie katharsis: z jednej strony udawana pobożność, z drugiej piwo, pośrodku ja z żółtą ścierką Vileda, która – serio, bez żadnego płynu i kasy za reklamę – robi robotę tak czystą, że aż podejrzaną. Jakby ktoś tam w fabryce sprzedał duszę diabłu za brak smug.
No i tak stoję, trę te szyby jakbym chciał wyczyścić własne życie, a w słuchawkach soundtrack do Bonda. Taki greatest hits przegrywających emocji. I nagle wjeżdża Adele ze swoim “Skyfall”. To jej zawodzenie, przeciągnięte jak korek na obwodnicy w piątek o siedemnastej. I ja wtedy naprawdę miałem nadzieję, że to niebo, całe ciężkie, złowieszczo pochmurne, po prostu zawali mi się na łeb i zakończy tę farsę. Byle nie słuchać tego wtórnego jęczenia, które udaje głębię.
Szybki skip i ulga. I wtedy mnie uderzyło – to jest przereklamowane jak Los Angeles Lakers. Niby wszyscy wzdychają, niby Oscar się przypałętał, niby wysokie miejsca w rankingach fanów. A w środku pusto jak w lodówce studenta pod koniec miesiąca. Wydmuszka. Opakowanie po czymś, co kiedyś mogło mieć sens.
A potem przypominasz sobie Tinę Turner. Ponad trzy minuty hipnozy. Głos, który nie pyta o zgodę, tylko bierze cię za fraki i przeciąga przez ścianę. Adele przy niej znika jak Sochan w rotacji Knicks – grawitacja ławki robi swoje.
Nikt przed nią i nikt po niej nie złapał tej bondowskiej trójcy: seksu, niebezpieczeństwa oraz klasa. Tina to surowa profesorka, która patrzy na Madonnę czy Billie Eilish jak na dzieciaki, które przyszły na egzamin bez przeczytania lektury. “GoldenEye” przy “Skyfall” to Bond przy Bournie. Jak Jordan przy LeBronie. Można się oszukiwać i dotykać pod kołdrą, można dorabiać narracje, ale na końcu i tak zostaje cisza i świadomość, że to nie to.
I czemu ja w ogóle o tym gadam? Bo gdzieś tam na X Marta z Loża NBA wyciągnęła mój wcześniejszy wpis o Lakers i Aytonie, podziękowała, bo od tego czasu LAL byli niepokonani. Królowie życia. Piękna historia, taka pod publiczkę. A potem rzeczywistość zrobiła to, co robi zawsze – wyciągnęła zawleczkę i przypomniała, kto tu rządzi. Dzień po Luka doznał kontuzj. Koniec bajki.
Ale NBA to teraz nie jest spokojna rzeka, tylko ściek pełen rzeczy, które wypływają na powierzchnię. Sprawa Jadena Iveya – i to nie jest poziom “hehe, wrzuciłem coś głupiego na Insta”. Tam widać, że chłop potrzebuje pomocy, prawdziwej, nie tej z PR-owych komunikatów i internetowych kaznodziei. A chwilę później leci prawie całe front office Bulls. Jakby ktoś w końcu otworzył okno w zatęchłym pokoju i wyrzucił to, co już dawno powinno zniknąć. Biblijna sprawiedliwość? Można i tak.
Najgorszy trener w historii NBA
A potem Bucks. I tam to już jest taki syf, ugór i błoto, że nawet Ursus by ugrzązł i poprosił o litość. Wszyscy to znają, wszyscy to czytali, więc nie ma sensu grzać starego kotleta. Ale jedna rzecz mnie rozwaliła dokumentnie. Doc Rivers, mój “ulubiony” trener ever, podczas jakiegoś dymu w szatni każe zawodnikowi… wygooglować jego resume. Serio. To brzmi jak żart, ale niestety nie jest.
No to sprawdziłem i wygooglowałem tego pajaca:
– Uwalił transfer Tima Duncana do Orlando Magic, bo nie pozwolił jego żonie latać z drużyną samolotem.
– Wygrał ligę raz. Z Bostonem. Na plecach trzech gigantów i defensywie Toma Thibodeau. I od tamtej pory żyje jak ktoś, kto wygrał w totka i już nigdy nie musi pracować.
– Clippersi. Miało być imperium, wyszło jak zawsze. Nawet finałów konferencji nie powąchał.
– 76ers. Powtórka z rozrywki, tylko łatwiejsza konferencja i te same błędy.
– Król rozwalania przewag 3-1. To już nie statystyka, to styl życia i piętno frajera. Wieczny stygmat.
– Rotacje? Korekty? Zapomnij. Wszystko co robi na ławce, jest czytelne jak instrukcja składania krzesła z Ikei.
– A kiedy statek tonie? No to Doc pierwszy w szalupie. Zawodnicy zostają dla rekinów. On? On tylko stał obok i patrzył, jak płonie.
– Cała jego kariera to jeden wielki scam. Człowiek, który zrobił z porażki luksusowy apartament i jeszcze bierze za to pieniądze.
I za to wszystko dostaje nominację do Hall of Fame. Piękne. Liga, która nagradza iluzję jakby to była waluta. No, ale NBA Cup wygrał. To tak, jakby mieć mniej powietrza w paczce chipsów.
Więc jeśli Lakers to “Skyfall” Adele – ładne, puste, przereklamowane – to Doc Rivers jest “Die Another Day” Madonny. Najgorsze, co kiedykolwiek przydarzyło się Bondowi*, tylko że ktoś wciąż próbuje nam wmówić, że to klasyka.
A najlepszy Bondowy numer? Bez dyskusji. Tom Jones i “Thunderball”. To jest testosteron w czystej, samczej formie. Gęsty jak smoła. Podobno z resztek tej piosenki powstały włosy na klacie Davida Hasselhoffa i wąs Toma Sellecka. Jones wyciągając ostatnią nutę mdleje w studiu. I wiesz co? Wierzysz w to bez mrugnięcia, bo dowiózł ja mało kto przez ponad 25 filmów tej franczyzy.
Bo gdyby Bond był piosenką, to nie byłby eleganckim kłamstwem. Byłby właśnie tym – surowym, bezczelnym “Thunderball”, które nie pyta, czy ci się podoba. Tylko robi swoje i zostawia cię z tym całym hałasem w głowie.
*Amazon ma teraz prawa do marki, więc jeszcze nie mówię “hop”


Dodaj komentarz