Ten zespół przejmuje ligę na starcie sezonu. Houston Rockets rządzą NBA

Nie mogę oderwać wzroku od wąsów Reeda Shepparda. Ten zarost zasługuje na własną gablotę w muzeum sportu w Houston. Wystarczyłby jeden włos, żeby utkać z niego miniaturową laurkę dla całej organizacji w tym sezonie i zawiesić ją nad łóżkiem. Po starcie 4-0 Rockets mają do tego prawo.

Nowy styl Houston. Dlaczego te koszulki i logo wreszcie mają sens?

W Houston wszystko klika. Zaczyna się od logo. Po latach okrągłych, mdłych paszkwili, które wyglądały, jakby projektowano je podczas zebrania działu marketingu firmy produkującej papier toaletowy, Rockets wrócili do klasyki: czerwieni i żółci, czyli keczupu i musztardy, przy czym nie wygląda jak coś wyciągniętego z szuflady z logotypami z 2018 roku. Trójkątne logo inspirowane naszywkami NASA, Dunkstronaut na dobre, pionowe paski przypominające trajektorię rakiety i trochę wspomnień z „piżam z lat 90. Przypomina znak drogowy? Tak, ale jest inaczej i lepiej.

Nowe logo Houston Rockets

Skład jest wyrównany, głęboki i dobrze zbalansowany. Nie ma jednego gwiazdora, na którego wszyscy czekają, żeby łaskawie coś zrobił. Jest ośmiu, może dziewięciu chamów, którzy potrafią dać wartość w różnych konfiguracjach. W czasach, kiedy połowa NBA wygląda jak konkurs na to, kto zbuduje najbardziej absurdalną świątynię wokół jednej supergwiazdy, Houston przypomina, że można po prostu złożyć porządny zespół.

Fred VanVleet wprowadza porządek. Koniec z chaosem w ofensywie

Jednym z najważniejszych elementów tej układanki jest powrót Freda VanVleeta. Nagle zniknął chaos w HCO. VanVleet organizuje atak, pozwala Durantowi grać bardziej off-ball, a dzięki temu Babeczka musi rzadziej inicjować akcje w pick-and-rollu, za to częściej korzysta ze spot-upów i gry z kontry. Jest więcej porządku, mniej biegania po parkiecie z miną człowieka, który właśnie zgubił instrukcję obsługi własnego życia. W kluczowych momentach pojawia się spokój. W debiucie przeciwko Mavericks Fred zaliczył 11 asyst bez straty. Nie fajerwerki, nie cyrk, nie koszykarska wersja pokazu laserów. Po prostu gość, który wie, co robi.

Steven Adams i Marcus Smart. Twardość, której brakowało w szatni

Wraca również Steven Adams, choć na razie pauzuje z powodu kontuzji łydki. To facet, który od lat potrafi zamienić walkę o ofensywną zbiórkę w scenę z filmu o inwazji barbarzyńców. Pamiętamy, jaki terror siał na deskach. Na deser Marcus Smart. Gość zna trenera Ime Udokę jeszcze z Bostonu, z czasów, kiedy razem dotarli do finałów, a Smart został DPOY. Wie, czego Udoka oczekuje, i sam mówił, że właśnie ta znajomość była jedną z głównych przyczyn podpisania kontraktu. W zespole, który chce grać twardo i bez sentymentów, Smart pasuje jak brud pod paznokciami po całym dniu roboty, mimo, że już wielu mówiło, że jest sprany.

Alperen Sengun wreszcie dominuje. Czy to już poziom All-NBA?

A w samym środku tego wszystkiego stoi Zaklinacz Wielbłądów i Kochanek Księżyca, Alperen Sengun, i po prostu dominuje. Przed poprzednim sezonem, zaraz po zakończonym Eurobaskecie, miałem wobec niego fantazje jak nastolatka po lekturze taniego erotyka. Widziałem go, jak z ogniem i pasją z reprezentacji Turcji wchodzi do NBA, łapie tę ligę od tyłu za warkocz i brutalnie dominuje. Tymczasem jego statystyki wyglądały całkiem nieźle, ale na parkiecie brakowało tej zwierzęcej pewności siebie. Zamiast rasowego jebaki dostaliśmy gościa, który wyglądał, jakby po znajomości przeszedł casting do „Podrywaczy”. Dużo obietnic, trochę pozowania, a kiedy przychodziło do konkretów, robiło się miękko.

W tym sezonie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Przez pierwsze cztery mecze Sengun notuje 24,5 punkty, 9,0 zbiórek i 7,0 asyst, trafiając 58,1% rzutów z gry oraz 66,7% za trzy, choć ta ostatnia liczba pochodzi z małej próbki. Lideruje Houston w punktach i asystach. Przeciwko Spurs rzucił 29 punktów, w tym 14 w czwartej kwarcie, kiedy Rockets odzyskiwali kontrolę nad meczem. Z Hawks poszedł na niemal triple-double: 29 punktów, 9 zbiórek, 9 asyst i rekordowe 6 przechwytów przy skuteczności 11/15 i byli z nim +29 na parkiecie. Houston mogło posadzić Duranta na całą czwartą kwartę i mimo to wygrać 10 punktami.

Sam Sengun twierdzi, że po prostu za każdym razem atakuje kosz. Proste. VanVleet mówi wprost, że Alperen gra jak zawodnik kalibru All-NBA, którym wszyscy wiedzą, że jest. Nawet Durant chwali go na konferencjach, dissując rywali, którzy próbują go zatrzymać go pod koszem, że „musieli latem przeczytać mnóstwo złych artykułów na jego temat”.

Lepszy spacing po powrocie VanVleeta, mniej midrange’u, więcej ataków na kosz z wykorzystaniem masy. Niby proste, a jednak czasami trzeba w NBA zatrudnić pół sztabu analityków, żeby odkryć, że wysoki, silny facet potrafi zrobić krzywdę rywalowi, jeśli zamiast stać i zastanawiać się nad sensem istnienia, po prostu ruszy na obręcz. Nagle Sengun wygląda jak ktoś, kto może zapytać: „Jokić who?”. Oczywiście, spokojnie. To dopiero początek sezonu. Niestety, już dziś, przeciwko Bucks, pauzuje z powodu urazu pleców. I dobrze, bo nie ma sensu zarzynać konia w październiku tylko dlatego, że wreszcie zaczął wyglądać jak mistrz wyścigów.

Głęboki skład to luksus Rockets

Houston ma zresztą luksus, na który wiele drużyn może sobie tylko popatrzeć przez szybę. Głęboki skład pozwala Udoce rotować bez natychmiastowego spadku jakości. Jabari Smith Jr. idealnie uzupełnia pierwszą piątkę. Notuje średnio 16,8 punktu przy 40,9% skuteczności za trzy, dorzuca solidne zbiórki, daje spacing wokół Senguna, a do tego obronę i uniwersalność. Innymi słowy, nie trzeba go chować w kącie i modlić się, żeby nie przeszkadzał.

Na skrzydłach szaleją „Terror Twins”. Amen Thompson, już po tłustym kontrakcie, wreszcie nie musi udawać quasi-rozgrywającego, co wychodziło mu bardzo dobrze. Może zająć się tym, co naprawdę potrafi: zamykać najlepszych graczy rywali, uprzykrzać im życie i robić milion małych rzeczy, jak ten niesamowity blok na Wembanyamie w końcówce meczu ze Spurs. Tari Eason z ławki dorzuca energię, przechwyty i bloki. Gra z intensywnością, której Udoka wymaga od swojej obrony. Nie potrzebuje specjalnego zaproszenia do walki. Wystarczy, że piłka znajdzie się w pobliżu, a Tari już zachowuje się, jakby ktoś właśnie obraził jego rodzinę.

Do tego Reed Sheppard i jego wąs, który chyba wreszcie przestał uczestniczyć w eksperymencie pod tytułem „zróbmy z niego rozgrywającego”. Może być wolnym elektronem i poruszać się po parkiecie bez ciężaru wymuszonej roli. Widać luz, widać grację. W ostatnim meczu szło mu tak dobrze, że nawet gburowaty Udoka cieszył się jak głupi i tulił go po trafionej trójce. Gdzieś w tle, niemal po cichu, człapie sobie Bogdan Bogdanović. Dokłada trójeczki ze skutecznością 60% w prawie 14 minut na parkiecie.

Co mówią liczby czyli kącik Excela

I właśnie na tym polega przewaga Houston. Jeśli ktoś siada, nie otwiera się nagle dziura wielkości krateru po uderzeniu asteroidy. Udoka może mieszać lineupami, a poziom ofensywny i defensywny pozostaje wysoki. To nie jest zbiór nazwisk przyklejonych do siebie taśmą klejącą i nadzieją, że Durant załatwi resztę. To wyrównany, dobrze zbalansowany skład, w którym poszczególne elementy rzeczywiście do siebie (na razie) pasują.

Kącik Excela: Rockets zdobywają średnio 120,8 punktu na mecz, co daje im 6. miejsce w lidze, i tracą tylko 111,0 punktu, co plasuje ich na 12. pozycji. Net rating wynosi +9,8, czyli 5. miejsce w NBA. Ofensywnie znajdują się w elicie: offensive rating około 121,2, 3. miejsce w lidze. A teraz najlepsze: oddają najmniej trójek w całej NBA, z wynikiem 30,8 na mecz, ale trafiają je na znakomitym poziomie 39%, co daje im 5. miejsce w lidze. Wybierają swoje momenty, korzystają z przewag i trafiają.

Powrót FVV pozwala im bawić się atakiem pozycyjnym, przez co grają raczej wolno, z tempem około 21. miejsca w lidze. I właśnie to jest ciekawe: punktują efektywnie, a nie tylko szybko. Nie muszą urządzać wyścigu po parkiecie, żeby nabić liczby. Potrafią rozgrywać, ustawiać akcje, wykorzystywać swoje przewagi i cierpliwie rozbierać obronę rywala na części. Oczywiście martwię się o szybką zadyszkę. Cztery mecze to nie sezon, październik to nie maj, a liga jest pełna drużyn, które jesienią wyglądały jak maszyny, by potem wiosną rozsypać się jak tani mebel po przeprowadzce.

Skuteczność bez pośpiechu

Nie zmienia to jednak faktu, że Houston Rockets są na starcie tego sezonu najlepszym zespołem w NBA. Nie najbardziej efektownym na papierze, niekoniecznie najgłośniejszym, niekoniecznie tym, który dostanie najwięcej telewizyjnego czasu antenowego. Po prostu najlepszym. Mają głębię, strukturę, obronę, kilka sposobów na zdobywanie punktów i gwiazdę, która wreszcie zaczyna grać tak, jak od dawna powinna.

Opublikowano

w

,

przez


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.