Patrzę na te Houston Rockets i czuję się jak stary dziad (którym jestem), który widział już tyle upadków, że nawet nie mrugnie, kiedy kolejny piękny projekt rozpada się w rękach jak mokry papier toaletowy na wiejskim festynie.
Miało być tak pięknie
Rockets wchodzili w sezon 2025-2026 jako prawdziwi pretendenci do tytułu, zwłaszcza po tym, jak dorwali Kevina Duranta, który miał być tym brakującym kawałkiem układanki, tym, co wyniesie ich ponad impotencję ofensywną. I przez kilka miesięcy faktycznie wyglądali jak maszyna: top-3 rozstawienie na Zachodzie, przez długi czas najlepsza ofensywa w całej NBA. Człowiek myślał: ale piękne życie po Hardenie sobie ugotowali.
A teraz? Teraz to wygląda, jakby minęło kilka sezonów, nie kilka miesięcy. Szóste miejsce na Zachodzie. To krok do przepaści w czeluści play-in, gdzie akcja “Sengun rzuca a Durant się patrzy” może ich kosztować sezon. Teraz w pierwszej rundzie play-offs mogą ukłonić się Lakersom.
Rockets to skorupa, pusta skorupa po wersji z początku roku. Od przerwy na All-Star Weekend mają bilans 11-9, a net rating równy 0. Ofensywa totalnie uzależniona od 37-letniego Duranta, który żre 36 minut na noc, jakby jutra miało nie być, albo walił nadgodziny w januszexie.
Point guard-less Rockets. Fajny frazes. Brzmi jak nazwa jakiegoś indie zespołu z garażu, ale to rzeczywistość niedoszłej potęgi NBA. Ostatni w lidze w stosunku asyst do strat (1.41), a sam Durant, Sengun i Amen Thompson razem tracą piłkę prawie dziesięć razy na mecz. Ich gra jest już rozpracowana: podwójne krycie na Durancie, reszta ma niby coś zrobić, ale oczywiście nie robi. Ofensywa będzie dalej kuleć.
Od weekendu gwiazd są na 24 miejscu w punktach i 24 w skuteczności w rzutach za trzy. Nie, cały sezon nie jest totalną porażką – mieli lawinę kontuzji, VanVleet i Steven Adams zniknęli na dobre, drużyna zrobiła się top-heavy jak stary materac. Zabawne, jak nieobecność chłopa, który w 2023 roku przyszedł jako sowicie opłacana niańka dla młodego narybku, nagle staje się problemem i przeszkodą, mimo, że nawet nie powąchał parkietu w tym sezonie.
Bill Simmons mówi wprost: mają tragiczny język ciała. Jakby zbijanie piątek groziło zarażeniem ospą czy innym trendem TikToka. Wali też w Udokę wytykając mu zero korekt w końcówkach. Nie sposób się nie zgodzić. Jest kwaśno.
A gdzieś w tle jeszcze to rzekome fake konto Duranta, które na forach obrażało nowych kolegów – nie żebym sugerował, że za tym gościem ciągnie się szambo i bardzo zła karma, ale Suns po jego odejściu odżyli, a Houston z rewelacji poprzedniego sezonu nagle stało się wielkim “meh”. Bez iskry, bez jaj, bez warunków, żeby ktokolwiek myślał o nich jak o mistrzach.
I dochodzimy do ławki. Wchodzili w sezon jako jedna z najgłębszych drużyn w lidze. Hype był kosmiczny. A potem kontuzje rozwaliły wszystko. Najmniej punktów z ławki w całej NBA średnio 28 na mecz. Dorian Finney-Smith, który miał być ważnym ogniwem, rzuca 3.1 punktu przy 31.7% z gry. Clint Capela w wydłużonej roli po Adamsie – 3.8 punktu. Josh Okogie, który na początku błyszczał, od lutego dwukrotnie przekroczył 10 punktów.
W dzisiejszej NBA, gdzie głębia składu to świętość, taka ławka oznacza, że w clutch polegają wyłącznie na starterach. I to widać. Ocena Reeda Shepparda to jak gra w totolotka. Zły początek sezonu, później objawienie, a teraz takie nie wiadomo co: raz 23 punkty na 66% skuteczności, albo 10 punktów na 3-13 z gry. Choćbyś ręcznik na łbie jak turban zawiązał, to nie przewidzisz tego jak zagra.
Rzuty za trzy? Jasne, to leży od miesięcy, ale to nie największy problem. Największy to straty – te leniwe podania, brak koncentracji, piłka ginąca w powietrzu jak marzenia kibiców. Są na 27 miejscu w lidze. Bez VanVleeta wrócili do czasów rebuildingu, kiedy straty były ich specjalnością. Teraz polegają na Durancie i Sengunie, którzy czasem wyglądają, jakby grali pierwszy raz w życiu. Jeden coś próbuje, drugi się patrzy. Potem zmiana i jest odwrotnie. Niesmak jak po zupie grzybowej.
A Rockets są też do tego wolni, grają jak w smole (29 pace w lidze), nie rzucają dużo – każda strata boli podwójnie. Czy coś robią dobrze? W ofensywnych zbiórkach są fajni, a nawet pierwsi w lidze. Defensywna deska to 11 pozycja i po zsumowaniu są numer 1 w zbiórkach total. I co z tego? 20 atak, trójki jak leżały tak leżą, asysty to 26 miejsce, średnio w wymuszaniu fauli i rzutach wolnych. Jedyna prawdziwa siła to te zbiórki. A sezon regularny wystarczą, ale na play-offy?
I teraz król baletu Alperen Sengun. To mój największy zawód tego całego sezonu. Po kozackim EuroBaskecie myślałem, że to jego sezon. Że chłopak urwie głowy centrom, wejdzie do czołówki z impetem. Okazywałem mu za dużo miłości na Twitterze. Wiecie: Sułtan wschodów słońca. Zaklinacz wielbłądów. Kochanek księżyca i takie tam. A potem przyszedł sprawdzian i ukuło mnie lekkie rozczarowanie. Statystyki na pierwszy rzut oka cieszą niedzielnych kibiców, ale jak się głębiej wgryźć to mamy zastój, żeby nie powiedzieć i zapeszyć: sufit. Nie chce mi się wierzyć, że przyjście Duranta tak wszystko wyhamowało, ale coś w tym jest. Nie rozwinął się w tym sezonie ani o milimetr. A play-offy czekają.
Amena Thompsona nie ruszam, bo chłop robi, co może. Nie umie w trójki, a jest drugim punktującym w drużynie. Brak VanVleeta wymusił na nim grę jak point forward i wywiązuje się z tego zadania idealnie. Dokłada zbiórki, nęka w defensywie. Jednak jemu jest to wybaczone. Jest jedynym gościem w tym zespole, od którego nie odwracam wzroku – reszta czasem wygląda, jakby już pakowała walizki na wakacje.
I tak to wygląda. Rockets znaleźli każdy możliwy sposób, żeby przegrywać mecze w tym sezonie. Będą musieli się jakoś odbić, bo inaczej znowu pierwsza runda i elo nara. Świat NBA nie wybacza takiej stagnacji.


Dodaj komentarz