Patrzę na to wszystko z boku, jak na pożar starego kina. Tego z grubymi kotarami, w których śmierdziało popcornem i potem cudzych emocji. Kino się jeszcze pali, ktoś nawet sprzedaje bilety, ale dach już leci.
Kontuzja Jimmy’ego Butlera
I wtedy w trzeciej kwarcie, w meczu wygranym 135-112 z Miami, Jimmy Butler spada na parkiet jak worek mokrego cementu. Źle ląduje po zbiórce. Prawe kolano. Trzask, którego nie słychać, ale który czujesz w kręgosłupie. Zerwane ACL. Koniec sezonu. Prawdopodobnie coś znacznie większego niż tylko sezonu.
Golden State właśnie wygrało dwunasty mecz w szesnastu ostatnich. 25-19, najlepszy moment roku, sześć zwycięstw nad kreską. Drużyna wreszcie zaczęła wyglądać jak drużyna, a nie zbiór wspomnień z YouTube’a. I dokładnie wtedy rzeczywistość przypomina, że NBA nie ma sentymentów, a kolana trzydziestosześciolatków nie znają pojęcia “okno mistrzowskie”.
Historia Butlera w Warriors
Przypomnijmy fakty, bo fakty są brutalne i nie pytają, czy je lubisz. Butler przyszedł z Miami w lutym zeszłego roku razem z dwuletnim przedłużeniem za 112 milionów dolarów. Plan był prosty jak cep i równie ciężki: jeszcze raz przedłużyć erę Curry’ego i Greena.
Druga połowa poprzedniego sezonu wyglądała jak dowód, że to może mieć sens. Warriors byli jedną z najlepszych drużyn na finiszu, przeszli Houston, a potem polegli z Minnesotą, kiedy Steph wypadł z kontuzją ścięgna w pierwszym meczu serii. Pomysł był taki, żeby do tego wrócić i być lepszym. Wolniej niż chcieli, ale jednak.
Nastroje w GSW po kontuzji Butlera
I Butler robił swoje. Tak po cichu. Styczeń to 21.3 punktów, 5.5 zbiórek, 4.6 asysty, 1.8 przechwytu i największa w drużynie ilość prób w rzutach wolnych. Agresywniejszy, pewniejszy, coraz lepiej dogadany z Currym. Kerr chwalił go jak ucznia, który wreszcie przestał palić za szkołą i zaczął odrabiać lekcje. Stabilizacja ataku, faule, zimna krew. Robin dla Batmana. Ten drugi-pierwszy cios, który sprawiał, że w szatni naprawdę wierzono, że to jeszcze może działać. I dupa.
Steph po meczu mówił twardo jak lider. Steph, który 14 marca kończy 38 lat, jeszcze nie chciał myśleć, co się zmieni bez Butlera. Jakby nie chciał spojrzeć w lustro, które już zaczyna pękać.
Bo prawda jest taka, że bez zdrowego Butlera to wszystko się sypie. Warriors są na ósmym miejscu na Zachodzie, trzy mecze przed Portland. Żeby realnie powalczyć w play-offach, potrzebowali zdrowego trójkąta: Butler, Curry, Green. Jednego już nie ma. Greena mentalnie też nie. Okno, jeśli nie zatrzasnęło się z hukiem, to właśnie się domyka jak drzwi windy w starym bloku – wolno, ale nieubłaganie.
Zły sen Jonatana Kumingi
I wtedy, jak zawsze w takich momentach, z piwnicy wychodzi duch o imieniu Jonathan Kuminga. 23 lata, 22.5 miliona dolarów za sezon, który w zasadzie nie istnieje. Wojna z klubem ciągnąca się latami, dziewięć minut gry od 6 grudnia, zmęczeni i wkurzeni kibice. Gdy drużyna zaczęła wygrywać bez niego, temat ucichł. Teraz wraca z hukiem, bo nagle nie ma kim grać, a on pięć dni temu zażądał wymiany.
Kerr po meczu mówi: “Siur, absolutlej”. Zapytany, czy Kuminga jest gotowy: „fak je”. Sam Kuminga milczy. Odmówił komentarza. Nie pokazał się mediom od 2 stycznia, kiedy opuścił mecz z OKC z powodu “kontzji”. Symboliczne, że jedyny aktywny Warrior, który nie zagrał przeciwko Miami – mimo braku Greena, Meltona i Butlera – to właśnie on.
Ironia losu dorzuca kolejne piętro. Warriors jadą na czteromeczowy trip, dwa spotkania w Minnesocie. Tam, gdzie w zeszłych play-offach Kuminga musiał wejść w buty Curry’ego po jego kontuzji. 24.3 punktu, 55.4 procent z gry, 31 minut na mecz. Minnesota wyłożyła na niego lachę. I co? I przegrana w pięciu. Piękna statystyka, pusta historia. Ostrzeżenie, które już raz dostaliśmy.
W tle majaczy trade deadline 5 lutego i telefony, które nie dzwonią. Sacramento Kings jako jedyny realny zalotnik, oferta obcięta, bez nawet chronionego picku pierwszej rundy. Wartość Kumingi nie jest tym, czym on i jego agent chcieliby, żeby była. Warriors dali mu dwa lata i 48.5 miliona z opcją zespołu. “Usługi będą świadczone” -0 tylko nikt nie wie, kiedy i czy w ogóle.
A Butler? 54.1 miliona w tym sezonie, 56.8 w następnym. Kolano po przejściach. Nawet jeśli wróci, to kiedy? I kim będzie? Trzydziestosiedmioletnim wojownikiem po kolejnej operacji, w lidze, która pożera takich na śniadanie?
Co dalej w z Golden State?
Więc co dalej? Opcje są jak brudne karty na stole. Albo idziesz all-in jeszcze raz, palisz ławkę, modlisz się, że Steph w wieku 38 lat nadal potrafi czynić cuda. Michael Porter Jr.? Sabonis? Zion? Markkanen? Przed kontuzją Butlera musieli iść w centymetry. Teraz też w razie czego. Ale to jest niedorzeczność.
Zatem rozwalasz to wszystko w drobny mak, zbierasz młodzież i losy na loterii, marząc o jakimś OKC za dziesięć lat, którego i tak nie będzie, bo Steph był jednorazowym cudem, a front office to zmarnował.
Albo tankujesz już teraz: zamykasz Curry’ego i Draya, robisz z Kumingi kapitana tankowania, pompujesz mu cyferki pod letni trade, liczysz na draft, bo pick w tym roku jest twój. Last Dance na kredyt, jeszcze jeden, ostatni.
Nie ma strzału, żeby rywalizować w tym sezonie. Butler wypadnie też z dużej części następnego. A w tym wieku? Nikt nie wie. Warriors są w środku. A środek to najgorsze miejsce w NBA – bez nadziei na tytuł i bez ekscytacji porażką. Tankowanie z Currym to okrucieństwo wobec kibiców, ale trwanie w iluzji jest jeszcze gorsze.
Gdzieś tam Joe Lacob pewnie już myśli o młodości i nowym otwarciu. Trudno wyobrazić sobie Kerra na ławce w przyszłym sezonie. Steph? Pewnie dociągnie linę jak Dirk. Cicho, dumnie, do końca, zapisując kolejne linijki w legendzie, nawet jeśli drużyna będzie się sypać wokół niego jak stary most.
Przecież nie wymienią go do rodzinnego Charlotte? Bo po co? Kiedyś tam coś w wywiadzie powiedział? Bo jego ojcu tam koszulkę (za co? po co? na co? On był tam zwykłym rolesem, więc o co chodzi?) powiesili? Tak się nie robi.
To wygląda jak koniec pewnej epoki. Nie z fajerwerkami, tylko z chrupnięciem kolana i ciszą w szatni. Zmiana nadchodzi szybko. I nie pyta nikogo o zgodę.


Dodaj komentarz