TO zdjęcie z Media Day jest dziś paliwem dla hejterów. Ta „rekonstrukcja” fuzji z Dragon Balla miała wysłać reszcie ligi prosty komunikat: oto GiaBam, idzie po was, a przy okazji po dziewictwo waszych córek.
Wielka koszykarska unia, grecko-florydzki projekt dominacji. Na razie ta fuzja wyprodukowała bilans 0–3 i najgorszy start klubu od sezonu 2007/2008. Skoro już otworzyłem Excela, to nie ma odwrotu. Atak Miami zajmuje 25 miejsce w lidze. Tego akurat można było się spodziewać, bo wachlarz ofensywny tej ekipy od początku przypominał szufladę z trzema widelcami i jednym zepsutym otwieraczem. Mieli nadrabiać obroną. I tutaj zaczyna się kabaret: defensywa jest 27 w NBA i pozwala rywalom zdobywać średnio 124,7 punktu na mecz. Przechwyty? 21 miejsce. Bloki? 14. Jeśli plan zakładał, że przeciwnicy sami się przestraszą nazwisk na koszulkach, najwyraźniej nikt nie poinformował ich o scenariuszu.
Na razie ten zespół nie ma praktycznie nic. Nie ma spacingu, płynności czy tej podstawowej ofensywnej logiki. Owszem, Miami zajmuje 9 miejsce w lidze pod względem liczby oddawanych trójek. Problem w tym, że trafia je na poziomie 30,3%, co daje dopiero 21 pozycję.
Weterani sprowadzeni po to, żeby rozciągać grę na razie mentalnie siedzą na plaży w Grecji, popijają coś zimnego i zastanawiają się, czy przypadkiem nie pomylili kontraktu z ofertą all-inclusive. Sprany Tim Hardaway Jr. oddaje prawie sześć trójek na mecz i trafia z nich zaledwie 17,6% – trudno się dziwić, że stary Hardaway nie chciał oddać mu numeru. Klay Thompson, który najwyraźniej zaczął już wybierać odcień lilii na własny koszykarski nagrobek, po trzech meczach trafia 34,6% zza łuku. Tylko ten wynik udało mu się trochę podciągnąć w ostatnim spotkaniu, bo wcześniej miał 29,4%. Tak wygląda ofensywna rozpacz, kiedy założy garnitur i przedstawi się jako doświadczenie mistrzowskie. Najlepszym strzelcem za trzy w tym zespole jest Davion Mitchell z wynikiem 46,7%.
Skoro ofensywa, to również dzielenie się piłką. Miami zajmuje 21 miejsce pod względem liczby asyst. Brakuje rozgrywającego, który wziąłby piłkę, spojrzał na kolegów i zaczął im tłumaczyć, gdzie, kiedy i dlaczego. Kogoś takiego jak Dennis Schroder, który dziś w Hornets potrafił przejąć kontrolę nad organizacją gry i wrzeszczeć na ludzi. Gdyby Miami miało takiego gościa, mogłoby sobie inaczej życie ułożyć.
Giannis na papierze nadal wygląda jak coś, co powinno przyspieszać bicie serca u czytelników probasketu. Średnio 28 punktów, 8 zbiórek, 3 asysty, 1,3 przechwytu i na razie tylko 1 blok w trzech meczach. Cyferki są, nazwisko jest, fizyczność jest. Można nawet na chwilę uwierzyć, że wszystko znajduje się pod kontrolą. To fasada jak z PRL-owskiego bloku: z daleka pomalowana, z bliska odpada tynk, a za ścianą coś od dawna śmierdzi. Trzeba więc pogrzebać głębiej, zanurzyć rękę w kałuży i sprawdzić, co tam naprawdę pływa. Jak podaje Marta z Loża NBA, spośród wszystkich zawodników, którzy wyszli na parkiet w tym sezonie NBA, aż trzech graczy Miami znajduje się w pierwszej czwórce pod względem najgorszego plus/minus: Wiggins −62, Giannis −54, a Thompson −51.
Po Giannisie widać zresztą, że sytuacja zaczyna go przerastać. Gesty, wyraz twarzy, cała mowa ciała faceta, który doskonale wie, że coś się nie zgadza, ale jeszcze nie wie co. Charlotte to drużyna młoda, skupiona i nastawiona na dobrą zabawę, dla której koszykówka wciąż jest czymś, co sprawia frajdę. W drugiej kwarcie Brandon Miller efektownie zapakował piłkę, a potem prężył muskuły przed kibicami, którzy nagrodzili go brawami. Hala żyje i ma się dobrze. Doszło do lekkiej szarpaniny z Giannisem, który próbował wprowadzić piłkę i przez moment można było odnieść wrażenie, że zaraz grecki łokieć wyląduje na szyi Millera. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.
Bam-Bam tymczasem uzbierał w tym sezonie łącznie 39 punktów w 93 minuty spędzone na parkiecie. Jego średnia 7 zbiórek jest trzecią najgorszą w karierze, a całe Miami zajmuje pod względem walki na obydwu tablicach 27 miejsce w lidze. Bam wygląda na razie jak ociężały wóz z węglem, który próbuje ruszyć pod górę, ale ktoś zapomniał powiedzieć koniom, że mają ciągnąć. Stara się dołożyć swoją cegiełkę do rozciągania gry, tylko że na razie przypomina wielki pustak. Oddaje 4,3 trójki na mecz, co jest czwartym wynikiem w zespole, ale trafia zaledwie 23,1%. Oj jak boli.
Wniosek wydaje się oczywisty: GiaBam nie działa. Przynajmniej na razie. Ale czy to już moment na czerwony alarm, nerwowe telefony i odpalanie Trade Machine? Niekoniecznie, bo w tym całym eksperymencie wciąż jest coach Spo, który potrafi kombinować nawet wtedy, kiedy sytuacja przypomina próbę ugotowania obiadu w płonącej kuchni. I w spotkaniu z Charlotte było to widać.
Hornets wypracowali sobie przewagę przekraczającą 20 punktów. W normalnych okolicznościach można było już powoli pakować manatki i sadzać starterów. Spoelstra postanowił jednak nie kopać się z koniem. Wystawił piątkę złożoną z Mitchella, Adebayo, Larssona, Hardawaya Jr. i wielkich oczu Bobby’ego Portisa. I nagle coś zaskoczyło.
Miami ruszyło z serią 27:4. Zespół wrócił do gry i doprowadził do remisów 100:100, 102:102 oraz 104:104. Giannis w tym czasie siedział na ławce z powodu 5 fauli. Spoelstra ponownie wpuścił go na parkiet, ale długo nie nacieszył się powrotem. Na 1:57 przed końcem złapał szósty faul i aliwederczi roma. Hornets utrzymali wynik, Miami przegrało i są dziś najgorętszą drużyną, o której mówi/pisze się NBA.
A teraz kalendarz: Dallas, Atlanta, Indiana. Nie zazdroszczę.


Dodaj komentarz