Cicho jest w tym sezonie o Los Angeles Lakers. Tak, tych Lakers. Los Angeles Lakers. I ta cisza jest jak nagły brak syren w mieście, które żyje z alarmów. Jakby ktoś wyłączył prąd w całym Hollywood i nagle okazało się, że bez reflektorów wszyscy są tylko ludźmi w przepoconych koszulkach.
I bardzo dobrze, bo w tej lidze nie ma nic gorszego od randla, histerii hollywoodzkiej fanbazy i miny Doca Riversa, która wygląda jak permanentne zdziwienie losem, że znowu coś poszło nie tak.
A przecież skład mają jak z plakatu: Luka, LeBron. A za kulisami? Sukcesja made by HBO, gdzie siostra składa braci na korporacyjnym ołtarzu. Sprzedaż klubu, nowy właściciel, dramat z LeBronem, który po raz pierwszy w życiu bierze opcję zawodnika, bo podobno nowy pan nie chciał mu rzucić kolejnej umowy pod nogi. Szantażyk, że może odejdzie, może skończy karierę. Taki teatrzyk na złotych schodach.
A Lakers i tak zrobili to, co mieli zrobić. Jedną rzecz. Tę jedyną, fundamentalną. 2 sierpnia przedłużyli Lukę. Zamknęli drzwi zanim poszli spać na galantej bombie po transferze. Zabezpieczyli ciągłość gwiazdy w purpurze i złocie. Reszta mogła się palić, byle neon z napisem “mamy przyszłość” świecił.
I nawet puścili go na EuroBasket. Bussowa siedzi w pierwszym rzędzie w Katowicach i patrzy, jak Pan Koszykarz Ponitka bierze jej cudowne dziecko za łeb i pokazuje, że świat to nie jest prywatny plan filmowy. Piękny obrazek. Taki europejski realizm magiczny, tylko bez magii.Off-season? Jakiś Smart, jakiś Ayton. Lekka niepewność z Reavesem, który odrzuca ofertę i szykuje się na lato jako niezastrzeżony wolny agent.
I dalej cisza. Taka cisza, w której słychać jak Luka sapie do sędziów.
Doncic przechodzi samego siebie. Teraz już nie jęczy – on performuje. Jakby był na castingu do wenezuelskiej telenoweli o zdradzonej miłości i niesprawiedliwym gwizdku. Ta obrzydliwa koszulka Lakers daje mu +77% do większego obrzydzenia. Serio, jak ktoś kichnie w 19 rzędzie, on domaga się rzutów wolnych i rekompensaty jak jakiś barokowy arystokrata po potopie szwedzkim, który żąda odszkodowania za zdeptane rabatki.
LeBron wrócił na 23 sezon w NBA. Dwudziesty trzeci. Najwięcej w historii ligi. NBA widziała wszystko, ale tego typu długowieczność to już jest science fiction bez efektów specjalnych. I nagle 5 grudnia kończy się jego 19-sezonowy rekord meczów z co najmniej 10 punktami. Koniec serii. LePomocny podaje do Ruiego, Rui trafia trójkę na ryj Raptors, Lakers wygrywają. Dziennikarze pytają, czy boli. A on przez zęby, że nie, bo wygrali. Człowiek, który całe życie kolekcjonował rekordy jak inni znaczki, mówi, że nie boli. Jasne.
Bussowa wcześniej poduszką udusiła kariery organizacyjne swoich braci. Dynastia jak z kronik rodzinnych, tylko zamiast mieczy – kontrakty i stołki.
I dalej jest cicho.
Ostatnio: Pat Riley w końcu dostaje swój posąg przed halą Lakers. O tym będzie więcej w podcaście, który przesunął się o tydzień, bo choroba też jest częścią tej ligi – każdy kiedyś łapie zadyszkę, a mnie dopadała akurat teraz, dlatego ten tekst wygląda jak wygląda.
A drużyna Lakersów pięknych jak korale? Na rozdrożu. 16 atak, 18 obrona. Tragiczni na deskach. Droga, ale biedna atrakcja sezonu regularnego. W trade deadline żadnych gwałtownych ruchów. Trwają w tym jak ktoś, kto stoi po kostki w wodzie i udaje, że to jacuzzi.
I wtedy wchodzi Dave McMenamin z ESPN i dolewa benzyny do tego tlącego się pogorzeliska. ESPN robi swoje. Z artykułu pachnie dla mnie jasno: Lakers traktują Aytona jak przygłupa. Niby cała organizacja robi wszystko, żeby tatuaż zdobiący jego plecy, czyli „DOMINAYTON” stał się prawdą. Żeby pół lwa i pół twarzy byłej jedynki draftu na customowej koszulce dodało mu męskości. I Pelinka kupuje mu takie koszulki, jak jakieś kochance iPhona żeby cicho siedziała. Trener rysuje pod niego akcje jakby zamawiał cud z AliExpress. Sztab owija mu butelkę z wodą taśmą sportową i pisze markerem: „DA’s Crunk Juice – Drink this to unleash the beast”. Ludzie, on ma 27 lat. To nie jest kolonia sportowa w Bolesławcu klas 1-3.
Prawda jest brutalna: wiedzieli, kogo podpisują. To nie jest paczka chipsów, którą można oddać, bo smak nie ten. Według ESPN Lakers mają bilans 16–3, gdy Ayton oddaje co najmniej 10 rzutów z gry. Brzmi jak złoto. Tylko że tylko trzy z tych meczów rozegrali z Jamesem, Donciciem i Reavesem w składzie. Statystyka bez kontekstu jest jak billboard bez drogi – niby stoi, ale dokąd prowadzi? A wiecie co jest zabawne? Ayton w tym sezonie oddaje najmniej rzutów w karierze, bo całe 8.8 na mecz.
Ale jest lepszy myk.
Śmiałem się ostatnio z Bridgesa z Knicks, że oddaje 1.3 rzutu wolnego na mecz. New York Knicks mają swojego pięciopickowego wojownika, który ledwo zahacza o linię. A wiecie ile oddaje “DOMINUJĄCY CENTER”? 1.8 próby na mecz. Nie jest stretch five, nie żyje na obwodzie. Żyje i umiera w pomalowanym. A mimo to ledwo dwa wolne. Szkoda na to życia i farby.
A za zasłoną się dzieje. W kuluarach Lakers zatrudniają Tony’ego Bennetta, byłego trenera uniwersytetu Wirginia, jako doradcę ds. draftu. Tony Bennett wchodzi do gry po zwolnieniu Jessego Bussa i czterech skautów. Czyszczenie pokładu. Chyba mają dość Maxów Christie, Jalenów Hood-Schifino i Daltonów Knechtów. Myślą, że mistrz NCAA pomoże im wybrać dobrze. Że nagle draft przestanie być loterią kasztanów, a stanie się chirurgią precyzyjną.
Bo chyba nie oddadzą picku, żeby zrobić jakiś krzywy ruch pod Lukę? Ten sezon to już raczej na lajcie. Może play-offy, może play-in. Może pójdą dalej, ale raczej nie, bo nie ma tam komu grać na poważnie. LeBron podobno wącha sytuację z drużyną w Las Vegas. Szybka emerytura w neonach pustyni jako właściciel z zapleczem Clutch Sports i palcem w kakaowym oku Silvera. Reaves może pójść za kasą gdzie indziej.
A Doncic zostanie z Vanderbiltami i LaRaviami oraz przestrzenią w budżecie rzędu (jeżeli dobrze liczę) 70–84 milionów dolarów. O tym się głośno nie mówi, bo po co psuć ciszę?
Tylko na kogo to wydać? Rynek wolnych agentów w czasie lata będzie jak wyprzedaż w galerii handlowej po apokalipsie. Anfernee Simons. Nikola Vucević. Terry “przekręt” Rozier i Jeremy „będzie dobrze, będzie lepiej” Sochan. Nazwiska są tak piękne, że aż strach czytać.
Tak wygląda dziś ta wielka marka. Niby wszystko pod kontrolą, niby fundamenty wylane, niby gwiazda zabezpieczona. A jednak w powietrzu wisi coś ciężkiego. Jak smog nad autostradą o trzeciej nad ranem. Lakers przestali krzyczeć. I to właśnie jest w nich najbardziej niepokojące.


Dodaj komentarz