Za miesiąc jest nasze małe święto. Trade deadline. Ten jeden moment w roku, kiedy ludzie dorośli, z kredytami, dziećmi i zakolami, jarają się wymianami milionerów w krótkich spodenkach bardziej niż Bożym Narodzeniem.
Specjalnie okazje w NBA
Nie zrobiłem kalendarza adwentowego, nie składałem życzeń, nie było “wszystkiego najlepszego w Nowym Roku”, więc czemu nie miałbym teraz odpalić odliczania do okienka transferowego? Bez konfetti, bez fanfar. Co jakiś czas, jak piwo wypite w bramie: luźne myśli, plotki, zapach mokrego bruku.
Wczoraj na tym naszym firmamencie NBA zamigotała pierwsza gwiazda. Nie jakaś supernowa, raczej pulsujący neon nad lombardem: Trae Young i jego agencja podobno usiedli z Atlantą Hawks. Braterska atmosfera, uściski dłoni, kawa z automatu. Wszyscy chcą potem mówić, że “wygrali życie”. Klasyk.
Young jest niechciany w Atlancie?
Problem jest prosty jak kac po tanim bourbonie. Kędzior chce pieniędzy jak pełnoprawna gwiazda ligi Adama Silvera, a Atlanta patrzy na parkiet i widzi dwie rzeczy: jak Trae gra i jak Trae nie gra. I te dwie rzeczy nie chcą się już pogodzić. Powstał klin. Teraz wszyscy udają, że to plan, a nie pęknięcie.
O Youngu już pisałem, nie będę mielił tego samego mięsa. Wystarczy trochę poskrolować w dół. Na jego obronę tylko jeden, zimny fakt, jak raport z sekcji zwłok: “Big 3 Hawks” – Porzingis, Jalen Johnson i Trae Young – spędzili razem na parkiecie 42 minuty w tym sezonie. Czterdzieści dwie. Nawet nie jeden pełny mecz.
A dziś w nocy w Toronto, Trae wyszedł tylko na rozgrzewkę, jak duch, który chciał się upewnić, że hala nadal istnieje. Potem piąty mecz z rzędu – nieobecny. I nagle pytanie: czy on jeszcze kiedykolwiek zagra w barwach Atlanty?
ESPN dorzucił tabelkę, takie niewinne liczby, które bolą bardziej niż prawda wypowiedziana na trzeźwo. Z Youngiem na parkiecie rywale rzucają Hawks średnio 126,7 punktu. Bez niego “tylko” 118,4. Różnica jak między ciosem w szczepionkę a ciosem w twarz – niby oba bolą, ale jeden zostaje w pamięci.
Plotki o Youngu w Wizards
I przyszedł dzień wczorajszy. Shams ukradł show, opowiadając cudzy dowcip głośniej i przy większym stoliku. Bo tak naprawdę pierwszy z tymi newsami był Marc Stein. I to on dorzucił ten mały, brudny smaczek o realnej sytuacji Hawks–Young, który nie daje mi od wczoraj spokoju.
Podobno Wizards są bardzo zainteresowani. Rzekomo była oferta, leżała na stole, ktoś ją nawet dotknął, ale nic z tego nie wyszło. Najlepsze jest to, że to Atlanta ma być w gorszej pozycji negocjacyjnej. Bo oni nie sprzedają gwiazdy ligi. Oni sprzedają obrażonego gracza z dużym kontraktem. W drugą stronę – spadający po sezonie CJ McCollum plus dodatki. Brzmi jak wyprzedaż garażowa po rozwodzie.
Atlanta wietrzy szatnię, otwiera okna, mówi “nowa era”. Jeśli oddadzą Younga za McColluma i pakiet, to po sezonie spada im też Porzingis i jego 30 milionów dolarów. Chyba że wcześniej poleci jako wygasający kontrakt (oby nie). Robi się miejsce w salary cap, robi się przestrzeń na letnie kuszenie mamoną, a do tego przypominam: Hawks mają pick Pelicans, który aktualnie siedzi na #2 w loterii draftowej. To nie jest przypadek. To jest plan, nawet jeśli wygląda jak chaos.
Ich interes jest prosty: szybka przebudowa wokół Jalena Johnsona, Nickeila Alexander-Walkera – który gra najlepszy sezon w karierze – Onyeki Okongwu, Dysona Danielsa i może jeszcze Zaccharie Risachera, choć ten jakoś przygasł. + mamona + wysoki pick w drafcie. W tym układzie odejście Younga nie boli. Ono wręcz pomaga.
Co by to dało Wizards?
Wizards? Gdyby to się wydarzyło, dostają gracza, który może – duże, migające MOŻE – wyciągnie ich z 25. miejsca w ofensywie. Albo 27., jeśli liczyć na 100 posiadań. Niczym nie ryzykują. Z całym szacunkiem dla Waszyngtonu, ale tam gwiazdy same nie przychodzą odmienić swoich losów. Może więc to jest ta okazja, ten los na loterii znaleziony na chodniku.
McCollum i tak pewnie zmieniłby klub do lutego. A tak Wizards mogliby przetestować lidera asyst poprzedniego sezonu. Gościa, który weźmie piłkę pod pachę, pokaże palcem i spróbuje nauczyć ich ataku. Obrony i tak nic już nie uratuje. Skoro dom się pali, to chociaż niech włączą głośniej muzykę.
Milion lat temu, w innym życiu, innym ekosystemie NBA, Trae Young wprowadził do finałów konferencji ekipę złożoną z Bogdana Bogdanovicia, Kevina Huertera, Johna Collinsa i Clinta Capeli. To się wydarzyło naprawdę. Może coś jeszcze w nim jest. Wizards mogą to sprawdzić jak ostatnią monetę w kieszeni.
A jeśli kliknie? Jeśli się uda? Wtedy DC ma w salary cap wszystkie pieniądze świata, żeby wysypać je Youngowi w złotym worku. Jeśli okaże się motorem ofensywy i będzie chciał zostać. Dogada się z Sarrem, Johnsonem i Coulibalym? A przecież o kasę tu chodzi. Gdyby było inaczej, jakoś by się z Atlantą już dawno ułożyli, prawda?
To będzie ten trade w NBA?
Jak źle jest? Według The Athletic nawet Kings, którzy nie mają rozgrywającego, nie są zainteresowani Kędziorem. Może to zasłona dymna, a może to prawda? Kto to wie. Na chwilę obecną opcje się kurczą. Zaraz wyjdą Keviny O’Connory tego dziennikarskiego ścieku i dorzucą do młyna Miami albo kogoś innego, bo klik musi się zgadzać.
A wiecie co? Ta opcja z Wizards naprawdę mi się podoba. Jest dziwna. Nieoczywista. Taka hipsterska. Jak wegańskie ciasto z dziurką, przez którą można tęsknie patrzeć na zakład mięsny po drugiej stronie ulicy. Inna, świeża. I nie przypominam sobie, żeby klub – tak nieatrakcyjny dla wolnych agentów -, będący dodatkowo w przebudowie mógł ostatnio prawie za darmo dostać kogoś takiego jak Trae Young. Prawie za darmo.


Dodaj komentarz