Przed startem nowego sezonu NBA 2026/2027

No dzień dobry wieczór, szanowne państwo. Jak tam, misiaczki? Fraki wyprasowane, trzewiki wypolerowane, szampan schłodzony? Gotowi na jutro? Bo NBA wraca, a ja nie będę udawał, że mnie to nie rusza.

Nie mogę się doczekać tego całego zamieszania. Porannego sprawdzania wyników, a potem odgrywania przed samym sobą przedstawienia pod tytułem „nie wiem, kto wygrał, oglądam na spokojnie”. Oczywiście że wiem, ale chcę obejrzeć mecz z odtworzenia, jak człowiek, który dawno temu zrozumiał, że życie po drugiej w nocy przestaje być rozrywką, a zaczyna przypominać karę za grzechy popełnione w poprzednim wcieleniu. W moim wieku balowanie do rana oznacza już głównie walkę z własnym organizmem i negocjacje z kręgosłupem.

Czas leci nieubłaganie jak w piosence Szymona Wydry. Dopiero co gratulowałem Knicks mistrzostwa, które w historycznej skali ich własnych nieszczęść jest gdzieś na pograniczu metafizyki i zbiorowej halucynacji, a stało się najważniejszym wydarzeniem od wymiany po Carmelo Anthony’ego i wydraftowania PorzinGODa. Żarty żartami, ale mam nadzieję, że ta moja łotewska tyczka wróci do zdrowia. Można się nabijać z Porzingisa, można robić z niego koszykarską wersję wysokiego mebla z Ikei, ale kiedy zdrowie się sypie, kończą się dowcipy. Zostaje człowiek i jego nieszczęsne ciało, które nie czyta kontraktów i ma w dupie nasze fantazje. Ja kocham mojego Jednorożca i chcę pić z nim kompot.


A teraz proszę państwa: zaczyna się nowy sezon, a wraz z nim odwieczna walka Wschodu z Zachodem o to, kto naprawdę ma większego bydlaka w tej lidze. Tyle że po raz pierwszy od dawna nie mamy już konferencji A i konferencji B, czyli salonów oraz pomieszczenia gospodarczego, do którego bogatsza rodzina wynosiła niewygodnych krewnych. Wschód dorobił się pieniędzy, założył smoking i właśnie wszedł na salony. Trochę jak Wokulski, który wzbogacił się na dostawach wojskowych podczas wojny rosyjsko-tureckiej na Bałkanach, po czym stanął przed arystokracją z miną człowieka, który właśnie odkrył, że całe to towarzystwo jest równie próżne jak on, tylko lepiej ubrane.

A bal się zaczyna. Oto mistrzowie z Nowego Jorku. Tutaj skorupa LeBrona w superteamie 76ers, skręconym, zdawałoby się, wyłącznie po to, żeby koszykówka mogła jeszcze przez chwilę czerpać radość z samej siebie. Kawhi nie dojechał z mroźnej północy, gdzie siedzi i śmieje się z naiwności całej ligi, niczym arystokrata obserwujący przez okno pożar chłopskiej chałupy za 2 miliardy dolarów. Giannis opala się na patio, bo nawet grecki półbóg potrzebuje czasem odpocząć od obowiązku bycia greckim półbogiem. Pacers po cichu chowają sztućce do sakwy, jakby zaraz miała przyjść kontrola majątkowa, a Pistons próbują wyprowadzić tyłem swojego centra, który upił się powietrzem i najwyraźniej uwierzył, że jest pępkiem świata. Trudno powiedzieć, co tam podają do kieliszków, ale najwyraźniej nie ma limitu.

Po drugiej stronie salonu stoją Thunder i Spurs. Dumnie, sztywno, z monoklami pod oczami i cygarami w zębach, patrzą na tę wschodnią hołotę z minami ludzi, którzy właśnie zauważyli, że służba dostała zaproszenia na bal i naniosła błota. W ich spojrzeniach jest pogarda, jest zawiść, jest to szczególne zło czarnych serc, które pojawia się wtedy, kiedy ktoś inny zaczyna odnosić sukcesy bez pytania o zgodę starych rodów. Rockets również patrzą w tamtą stronę, ale inaczej. Czujniej. Jakby cylinder nagle zaczął ich uwierać, a pod jedwabną kamizelką ktoś zacisnął niewidzialną pętlę. Niby wszystko w porządku, niby uśmiech, niby pogawędka przy kominku, ale człowiek czuje, że za chwilę ktoś wyciągnie nóż do ryb i zrobi z niego użytek niezgodny z etykietą.

Doncic i Jokić siedzą w kącie, jak dwóch błaznów, którzy przypadkiem odziedziczyli pół królestwa i nie zamierzają udawać, że ich to obchodzi. Rozlewają sobie rakiję, mając w dupie resztę towarzystwa, cały ten dworski teatr, wszystkie ukłony, układziki i nerwowe spojrzenia wymieniane ponad kryształowymi kieliszkami. Oni przyszli się napić i ewentualnie zepsuć komuś wieczór. Nie potrzebują aprobaty salonu. Salon potrzebuje ich, żeby w ogóle było na co patrzeć. Minnesota natomiast nie dojechała. Powóz rozbił LaMelo i cała wyprawa zakończyła się gdzieś po drodze, zanim zdążono rozdać wizytówki. Tak bywa. Reszta może już tylko poprawić mankiety, odwrócić wzrok i udawać, że nic się nie stało.

A na środku tego całego przedstawienia, na złotym tronie, rozparty jak człowiek, który właśnie odkrył, że można zarabiać na cudzej miłości do sportu, siedzi Adam Silver. Dumny, podniecony, zadowolony z siebie. Prawa ręka wyciągnięta, winogrona podawane do ust, a wokół niego przedstawiciele Las Vegas, którzy łaszą się niczym bezpańskie psy pod drzwiami rzeźnika, skomląc o kawałek kiełbasy, o miejsce przy stole, o szansę na wejście do klubu, w którym pieniądze od dawna są ważniejsze od pozorów, choć wszyscy nadal udają, że chodzi o coś szlachetniejszego.

Seattle tymczasem nie dało się zastraszyć i olało tę dekadencką imprezę. Przynajmniej na razie. Nie przyszli, nie uklękli, nie zaczęli nerwowo poprawiać kołnierzy przed gospodarzem. Ale nie ma co otwierać szampana. W tym świecie nieobecność bywa deklaracją, czasem demonstracją, a czasem tylko oczekiwaniem na lepszą ofertę. Salony mają długą pamięć, ale jeszcze dłuższe rachunki. Jak to wszystko się skończy? Przekonamy się w czerwcu.

Do tego czasu będę stał cichutko w kąciku, jak myszka tralaliszka, i w miarę regularnie opisywał to, co widzę, słyszę i czuję. Bez udawania, że każdy mecz jest objawieniem, każdy transfer genialnym ruchem, a każdy zawodnik kolejnym herosem z koszykarskiego mitu. Czasami będzie pięknie, czasami żałośnie, a czasami tak absurdalnie, że nawet najbardziej wytrawny cynik będzie musiał odłożyć kieliszek i zapytać, czy to na pewno jeszcze sport, czy już tylko bal przebierańców dla ludzi z dużymi portfelami i za małą ilością wstydu.

Witaj, NBA. Tęskniłem…

Opublikowano

w

,

przez


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.