Podsumowanie tygodnia w NBA#6

To miało być podsumowanie tygodnia, ale NBA nie działa już w trybie raportu, tylko w trybie majakowania, a ja mam włączony tryb przedświąteczny. Teraz ligę oglądam jak miasto z okna nocnego autobusu: coś miga, coś cuchnie, coś jest piękne, a coś wyraźnie jedzie bez świateł. Więc zamiast porządnego bilansu jak w korporacji, macie moi drodzy garść luźnych obserwacji, takich wyrzuconych z mojego umysłu od niechcenia, jak kiepy na chodnik. Bo czasem więcej prawdy jest w dygresji niż w nagłówku.

Trener też człowiek

Świat NBA wygląda dziś trochę jak stara siłownia po remoncie z dotacji: niby nowocześnie, niby luźno, ale coś tu śmierdzi plastikiem i brakiem powagi. Weźmy trenerów. Kiedyś wchodzili na parkiet jak bossowie mafii z Dolnego Manhattanu – garnitur skrojony jak pancerz, krawat jak pętla na szyję rywala, spojrzenie Pata Rileya mówiące: „zaraz ci zabiorę wszystko, co kochasz”. Phil Jackson wyglądał jak duchowy przywódca sekty, który mógłby jednym ruchem ręki wyciszyć tysiące ludzi. 

Garnitur był mundurem. Autorytetem. Dziś? Polówka, bluza quarter-zip, vibe nauczyciela WF-u, który zaraz powie “dobra chłopaki, dwa kółeczka i gramy w zbijaka”. Rozluźnienie zaczęło się w bańce w Orlando w 2020 roku, kiedy świat się rozpadł, a NBA udawała, że wszystko jest okej i dała pierścień Myszki Miki. Pandemia minęła, garnitury nie wróciły. Oficjalnie business casual, nieoficjalnie – aura, w której trener wygląda jak asystent na obozie sportowym, a nie facet odpowiedzialny za miliardowe decyzje. Fani i starzy wyjadacze kręcą głowami, bo coś tu zostało oddane za darmo: powaga funkcji, ten stary, dobry strach. 

Inspiracją tego akapit był interim coach Pelicans: James Borrego, który wygląda jak skrzyżowanie wuefisty z Łowicza, Kendalla Roya z TEMU w aurze depresji i smutku przedświątecznego.

Żegnaj #ŁotyszMVP

BTW depresji i smutku: macie tu na widelcu mojego adoptowanego syna, Kristapsa Porzingisa, który jest chodzącym przypomnieniem, że ciało to nie Excel. W październiku 2025 przestał udawać i powiedział wprost: POTS, zespół posturalnej tachykardii ortostatycznej. Brzmi jak nazwa niszowego zespołu z Islandii, a to po prostu brutalny sabotaż układu autonomicznego. 

Wstajesz – serce wystrzeliwuje, kręci się w głowie, brakuje powietrza, zmęczenie wchodzi jak mgła. NBA to nie joga o świcie, to ciągła zmiana pozycji, sprinty, kontakt. Po przejściu do Hawks w grudniu 2025 choroba znów dała o sobie znać i parkiet zaczął go widywać rzadziej niż sens w konferencjach prasowych. Ostatni rok kontraktu, 30,7 miliona dolarów, i uważam, że w tle odbywają się coraz głośniejsze szepty o końcu kariery, bo POTS nie negocjuje. Nie obchodzi go, że masz 221 cm wzrostu i talent. Intensywność NBA to dla takiego organizmu walka na noże.

Dlatego mam przeczucie, że dla mojego Pingisa Pingisa jest to ostatni rok w NBA. Smutno mi. Tak zwyczajnie po ludzku. Bez metafor i kolorystyki. Jest mi w chuj smutno.

I jak tam obrońcy Sochana? 

Na tym tle Jeremy Sochan wygląda jak studium dysonansu poznawczego. Od 11 grudnia, kiedy to ośmieliłem się napisać, że jest chujowy, to Spurs grają – uwaga – dobrze i to bez niego, a ci, którzy walczyli o jego dobre imię, też zaczynają dostrzegać to, o czym wujek napisał kilka dni temu.

Cztery mecze, bilans 3–1, NBA Cup, ważne momenty dla kształtowania się drużyny. A Jeremy? Dwa pierwsze mecze: Lakers 132:119, Thunder 111:109: zero minut, DNP, jakby go tam w ogóle nie było. Potem Wizards: 16 minut, zero punktów, dwa zbiórki, jedna asysta, 0/1 z gry. Hawks dzień później: 10 minut, zero punktów, jedna zbiórka, 0/1 za trzy. W sumie 26 minut, dwa rzuty, żadnego kosza. W półfinale i finale NBA Cup trener patrzył gdzie indziej, bo Stephon Castle i debiutant Dylan Harper lepiej oddychają tym samym powietrzem co Wembanyama. Spurs wygrywają bez Sochana, a to jest najgorszy rodzaj ciszy, taka, w której system mówi wymowne: “radzimy sobie”.

I w tym samym czasie Instagram, fryzury, moda, lifestyle i dzierlatka o której pisaliście w komentarzach. Marka osobista rośnie jak chwast na parkingu, a rola na parkiecie kurczy się do przypisu. W mediach krążą opinie, że walka o minuty przegrała z walką o wizerunek. Kontrakt się kończy, 2025/2026 to ostatni gwarantowany rok przed zastrzeżoną wolną agenturą w czasie lata, więc nazwisko zaczyna pojawiać się w przewodnikach transferowych jak metka “do oddania przed lutym”. Zakręt jest ostry, a światła nadjeżdżają z naprzeciwka.

New York Knicks Koszykówki robią coś dobrze

New York Knicks koszykówki robią coś, co jest jednocześnie cyniczne i szlachetne. Knicks wygrywają NBA Cup 2025 i mówią: banneru nie będzie. kopuła Madison Square Garden nie dostanie kolejnej płachty materiału. Jalen Brunson, MVP turnieju, wzrusza ramionami i mówi, że to nie mistrzostwo NBA, więc nie ma czego fetować. Puchar krąży po szatni jako “puchar Silvera”, bardziej żart niż relikwia.

A potem ten sam zespół zrobił coś jeszcze lepszego, niż naplucie Silverowi do zupy:  Karl-Anthony Towns przekazał całą swoją nagrodę na rzecz swojej fundacji na Dominikanie.

Trener Mike Brown, Brunson, Hart i kilku innych lepiej opłacanych graczy NYK bierze pieniądze co wygrali – około pół miliona dolarów na głowę – i oddaje je tym których NBA nie obejmuje systemem premii. Zero fanfar, po prostu gest. Świat potrafi być jednocześnie pusty i przyzwoity. Brawo i piszę to zupełnie nieironicznie. 

Skończmy z tym bulshitem

I na koniec Michael Porter Jr. w Brooklynie, jak “luksusowy” silnik w rdzewiejącym samochodzie. Statystycznie najlepszy sezon w życiu: 25.6 punktów, 7.3 zbiórek, 3.3 asyst. Król tankownia i pustych statystyk. Kontrakt na ten sezon tak, ale na przyszły już gwarancja tylko na 12 mln. 

Tylko że Nets mają bilans 6-17 i są w trakcie cholera wie czego. Brooklyn patrzy na zegarek i myśli o wyborach w drafcie, bo w tej lidze przyszłość zawsze jest ważniejsza niż teraźniejszość. Produkcja MPJ wygląda imponująco na papierze, ale coraz częściej słyszysz, lepiej by to wyglądało jako druga czy trzecia opcja, niż jako samotny lider słabego zespołu. Ludzie kochani, już to było przerabiane w Denver. Chłop miał w karierze dwie dobre serie w play-offach i to vs Lakers. Dlatego, że się nie nadawał na 2/3 opcję, to go Denver pogoniło, a tu słyszę o wklejeniu go do Giannisa, żeby ten został w Bucks. Skończmy ten teatr nędzy i rozpaczy. 

I jest jeszcze świeża sprawa z Durantem i jego rzekomym fochem o Sułtana słońca i zaklinacza gwiazd: Senguna. Że niby KD jest zazdrosny o to, że w ostatnich sekundach piłka idzie do Turka, a nie do niego. Już pod deklem zaczyna się bulgotać, jak w garze z bigosem, ale to za świeża sprawa, i trzeba obserwować. 

Opublikowano

w

,

przez


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.