Dziękujemy za ten wczorajszy trade deadline live. Wiadomo, technologia to kapryśna kochanka i parę razy rzuciła nam kłody pod nogi, ale przecież w tym mieście, w tym życiu, nic nigdy nie idzie gładko.
Same wymiany? No cóż. Szału nie było. Wrażenia raczej letnie, wymemłane, wręcz średnie – jak kawa z automatu na dworcu o czwartej rano, która obiecuje kofeinowy strzał, a smakuje tylko rozczarowaniem i plastikiem.
Ale mimo to, było pysznie. Był w tym jakiś brudny, autentyczny syt.
Dla tych, którzy nie dali rady się do nas dopchać albo po prostu przegrali walkę z grawitacją i powiekami – zapis tego całego cyrku wisi poniżej. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.


Dodaj komentarz