Moje Seattle wraca do NBA!

Moje Seattle wraca. I dobrze, bo ile można żyć w świecie, w którym pewne rzeczy po prostu znikają i wszyscy udają, że to normalne. Jakby ktoś wymazał fragment mapy i powiedział: tak miało być. No nie miało.

Grudzień 2020. Adam Silver wychodzi i mówi, że może by tak jednak rozszerzyć ligę, że po prawie dwóch dekadach warto jeszcze raz spojrzeć na ten pomysł. I od tamtej pory serce mi jakoś szybciej pracuje, zaczyna się ten cały cyrk, powolne pompowanie balonika, budowanie napięcia, jakby to był trailer do filmu, który wszyscy już widzieli, tylko udają, że nie znają zakończenia. Pięć lat gadania, przecieków, analiz, modlitw, ekspertów od wszystkiego i od niczego. Cała branża żyjąca z tego, że może będzie ekspansja.

A teraz? Teraz to już nie jest “może”. To jest pociąg bez hamulców. Shams mówi: głosowanie, Seattle i Las Vegas od sezonu 2028–2029. I wszyscy robią wielkie oczy, jakby to nie było oczywiste od dawna. Bo tu nigdy nie chodziło o romantyzm. Nie chodziło o historię, o fanów, o to, że ktoś tęskni za Sonics. To jest matematyka. Brudna, zimna, bezlitosna matematyka właścicieli, którzy liczą swoje procenty jak księgowi na końcu świata.

Masz 30 drużyn. Każda ma 3,33% ligi. Dorzucasz dwie nowe i nagle robi się 3,13%. Niby nic. Ułamek, promil, jakieś śmieci. Tyle że te śmieci przy kontrakcie medialnym za 76 miliardów dolarów – Disney, Amazon, Comcast, cała ta korporacyjna hydra – zaczynają ważyć więcej niż sumienie niejednego właściciela.


Więc czemu oni to zrobią? Bo kasa z ekspansji nie idzie do zawodników. Idzie prosto do kieszeni właścicieli. Bez dzielenia się, bez pytań. Czysty strzał dopaminy w system finansowy. Wyobraź sobie bajkę, którą opowiedziało ESPN: dwie nowe drużyny sprzedane łącznie za 15 miliardów dolarów. Każdy z 30 właścicieli dostaje czek na 500 milionów. Pół miliarda za to, że pozwoliłeś komuś wejść do stołu. To nie jest decyzja sportowa. To jest decyzja, którą podejmujesz, siedząc w skórzanym fotelu i patrząc na liczby, które przestają mieć jakiekolwiek znaczenie dla zwykłego człowieka.

Czy to się wydarzy? Musiałbyś wierzyć w jakąś kosmiczną katastrofę zdrowego rozsądku, żeby powiedzieć “nie”. W lidze od lat traktują to jak coś nieuniknionego. Były opory, bo ktoś się bał o te procenty, o te drobne ułamki tortu. Ale kiedy Silver rzucił, że decyzja zapadnie w 2026, to już było pozamiatane. Formalności. Teatr dla publiczności.


Zawodnicy? Mogą sobie pokiwać głowami. Decyzja należy do właścicieli. 23 z 30 musi podnieść rękę i tyle. NBPA może sobie chcieć krótszego sezonu, może dyskutować o zdrowiu graczy, ale przy ekspansji? Zero głosu. Chociaż wiadomo – dodatkowe 30 miejsc w rosterach, a z two-way kontraktami 36 – to zawsze więcej miejsc przy stole. Związek się uśmiechnie, ale nie dlatego, że ma coś do powiedzenia.

Seattle wraca, bo ktoś kiedyś zrobił coś, co nawet w tej lidze wyglądało jak świństwo. Miasto bez drużyny przez prawie 20 lat. SuperSonics wyparowali do Oklahoma City, zostawiając po sobie pustkę jak po pożarze. I teraz liga chce naprawić błąd. Brzmi ładnie. Tylko że ten błąd był podpisany, opieczętowany i policzony w dolarach.

Problemem przez lata była hala. KeyArena była za słaba, za stara, za mało błyszcząca dla ligi, która żyje na sterydach marketingu. No to w 2021 odpalają Climate Pledge Arena i nagle wszystko się zgadza. Nagle można wracać. I tak, to będą znowu SuperSonics. Nazwa, kolory, logo – wszystko wraca, bo taki był deal przy wyprowadzce do OKC. Historia też wraca. Trochę jak duch, który wraca do swojego starego mieszkania, bo nowy lokator nie wie, co z nim zrobić. Oficjalnie NBA miesza historię Seattle i Thunder. Absurd. Thunder nie wieszają bannerów Sonics, nie pokazują ich statystyk, udają, że to nie ich bajka. I słusznie, bo to nie ich bajka. Za to mamy sztamę i miłość wzajemną. Z szacunku i sympatii.

Jak Seattle wróci, historia wróci razem z nimi. Tak jak Hornets odzyskali swoją przeszłość od Pelicans. Liga lubi takie symboliczne ruchy, bo dobrze wyglądają w prezentacjach.


A Las Vegas? Vegas to już dawno przestało być dodatkiem. Summer League urosło tam do wielkiego poziomu. Setki tysięcy ludzi, lipcowy festiwal potu, hype’u i młodych chłopaków, którzy próbują nie utonąć w oczekiwaniach. Do tego NBA Cup i inne sztuczne twory Silvera. Vegas wciągnęło sport jak kasyno wciąga turystów – Raiders w 2020, Aces w 2018, Golden Knights w 2017, zaraz Athletics. LeBron już zaciera ręce, żeby po następnym roku, w którym wystąpi jako główna gwiazda cyrku obwoźnego ze swoim pożegnaniem, zaraz przesiądzie się na fotel właściciela tej drużyny. Adam mu pozwoli, bo i tak w tej lidze ma gówno do gadania.

A logistyka? Jak dorzucisz dwie drużyny na Zachodzie, ktoś musi się wynieść na Wschód. Minnesota, New Orleans albo Memphis. Geografia mówi: Pelicans i Grizzlies są bardziej na wschód, ale mają blisko do ekip z Zachodu. Minnesota jest dalej, ale odcięta jak samotna wyspa. Matematyka znowu wygrywa. Timberwolves wyglądają jak najbardziej logiczny wybór, choć nikt nie odda swojego miejsca bez walki.

A Play-offy? Bez zmian. 10 drużyn wchodzi, sześć bezpośrednio, cztery do play-in. Tylko draft lottery trochę się przesunie – sześć drużyn zamiast pięciu.

A NBA Cup? Za to NBA Cup … żartowałem: nikogo to nie obchodzi.


A zasady ekspansji? Liga będzie je mielić miesiącami, bo tu chodzi o to, żeby nowe drużyny nie były kompletnym trupem przez pięć lat, ale też żeby nie weszły i od razu nie rozwaliły systemu. W 2004 można było chronić ośmiu graczy. Reszta była do wzięcia. Musiałeś zostawić przynajmniej jednego niechronionego. Jeden zawodnik na drużynę mógł zostać zabrany. Restricted free agents? Można było ich wybierać, ale bez gwarancji, że zostaną.

W 1995 Raptors i Grizzlies wybierali naprzemiennie z 27 drużyn. Rzut monetą decydował, kto zaczyna. Grizzlies wygrali, ale oddali pierwszy wybór, żeby mieć lepszą pozycję w drafcie. Szachy dla ludzi, którzy grają w kasynie.

Draft dla nowych drużyn zawsze był trochę ustawiony. Vancouver miało szósty pick, Toronto siódmy w 1995. Charlotte w 2004 wzięło czwórkę, potem wymieniło się na numer dwa i wzięło Okafora. Ale jedynki nie dostajesz. Nawet jak wygrasz loterię, jak Raptors w 1996, to i tak nie możesz wziąć pierwszego numeru. Iverson poszedł do Sixers. System nie lubi, kiedy nowi dostają za dużo szczęścia.

A salary cap? Na początku jesteś na diecie. 66,6% limitu przez dwa pierwsze sezony. W 2028–2029 to by było jakieś 121,9 miliona przy prognozowanych 183 milionach dla reszty ligi. Potem 80%, dopiero w trzecim roku pełna kwota. Musisz wydać co najmniej 90% tego obniżonego capu, żeby dobić do salary floor. Możesz brać graczy w drafcie ekspansyjnym i ich wyrzucać, a kasa i tak liczy się do minimum. System, który wygląda jak księgowość po ciężkiej nocy.

Tak to wygląda od strony technicznej. Dzięki za ściągę ESPN.


A teraz zmieniam się we wróżkę, bo na koniec jeszcze ta obowiązkowa polska żółć, ten nasz narodowy, genetyczny osad na dnie szklanki. Czuję to pod skórą, w każdej kości, która kiedykolwiek strzykała na deszczu. Widzę to już teraz, wyraźnie jak neony nad autostradą.

Dostaniemy w SuperSonics na dzień dobry cały ten ludzki komis, pakiet pokrak, odrzutów z produkcji, których nikt nie będzie chciał tknąć nawet przez szmatę. I jak to rozumiem i akceptuję. Ale wiecie kogo jeszcze widzę w snach w koszulce Sonics? Randla – Dyzma NBA, tego wiecznego parcha, który dusi piłkę, jakby chciał z niej wycisnąć resztki godności. Albo tego ciepłego KATa, wiecznie niedogotowanego, miękkiego jak gąbka nasączona rozczarowaniem, którym jest jego męskość. To nie będzie drużyna. To będzie Marketplace, wystawka przed domem w gorszej dzielnicy, śmietnik historii przykryty tanią plandeką.

Ja mam takie szczęście. Zawsze ląduję w kolejce, w której kończy się towar. Zapiszcie to sobie, wyryjcie na tych swoich cyfrowych nagrobkach. W 2027 roku tu wrócimy. Będziemy się śmiać. Wy ze mnie, głośno i szczerze, a ja przez łzy, dławiąc się własną racją i takim rosterem. Jak ja mam się cieszyć, że Seattle wraca na mapę, skoro reprezentować zespół może będzie takie przereklamowane barachło jak ta dwójka powyżej?

Ale jest lepszy myk, bo jeszcze jest ten pryszcz Durant. Wielki powrót syna marnotrawnego, bo mu się kontrakt kończy i zapewne wymyśli sobie medialny dom spokojnej starości. Czy będzie chciał zamknąć klamrę tam, gdzie zaczynał, żeby wcisnąć nam jeszcze jeden, ostatni kit o lojalności i romantyzmie, podczas gdy w środku jest już tylko pustka i wyrachowanie?

Ech…

Opublikowano

w

,

przez


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.