Lekki wstyd w New York Knicks. Afera z mistrzowskimi pierścieniami

Panie Ferdku, afera jest. Jak donosi „The Athletic”, podczas ceremonii wręczania pierścieni i podnoszenia banneru upamiętniającego mistrzostwo NBA z 2026 roku, asystenci New York Knicks nie dostali swoich pierścieni. Czyli w Nowym Jorku stabilnie jak zawsze.

Początkowo wszystko wyglądało jak należy. Trenerzy w białych bluzach z długim rękawem odbierali czarne pudełka z pomarańczowym paskiem. Leon Rose, prezydent klubu, otworzył swoje jako pierwszy i pokazał światu błyszczący pierścień wysadzany 22-karatowymi diamentami oraz szafirami w kolorach Knicks. Biżuteria godna ludzi, którzy potrafią zamienić sportowe zwycięstwo w przedmiot o wartości małego mieszkania.

Potem pudełka trafiły do sztabu trenerskiego. I tutaj przedstawienie zaczęło przypominać tanią sztuczkę iluzjonisty, który właśnie zorientował się, że zapomniał królika. Nikt nie otworzył pudełek. Nie dlatego, że napięcie było nie do zniesienia. Pierścieni po prostu w nich nie było.

Siedem źródeł związanych z ligą, proszących o anonimowość, potwierdziło, że asystenci nie otrzymali pierścieni w noc ceremonii. Dwa z tych źródeł dodały, że sztab dowiedział się o sprawie już wcześniej, we wtorek. Nie było więc wielkiego zaskoczenia: asystentów nie zdążono jeszcze zmierzyć, a puste pudełka dopisano do scenariusza w ostatniej chwili. Reakcje mieściły się gdzieś pomiędzy autentyczną złością a irytacją, czyli w tym przedziale ludzkich emocji, w którym człowiek rozumie, że właśnie zrobiono z niego idiotę, ale nie bardzo może rzucić krzesłem, bo wszędzie stoją kamery.

Co z głównym trenerem Mike’em Brownem? Tu informacje są sprzeczne. Nie udało się potwierdzić, czy on sam otrzymał pierścień. Rzecznik MSG Sports skomentował sprawę zdaniem, które mogłoby wisieć nad wejściem do dowolnego korporacyjnego bunkra: „Nie ujawniamy niczego na temat pierścieni”. Wspaniale. Mistrzostwo jest jawne, ceremonia jest jawna, pudełka są jawne, ale to, czy w środku znajduje się biżuteria, najwyraźniej podlega ochronie państwowej.


Zresztą pierścienie były tylko jednym z dziwnych elementów tego wieczoru. Za Mike’em „BAAAAANG” Breenem, głównym komentatorem Knicks i prowadzącym ceremonię, przez całą transmisję stał Roger Goodell, komisarz NFL. Stał i pozostawał widoczny w kadrze, jakby ktoś pomylił imprezy, ale uznał, że nie będzie już zawracał sobie głowy wyjaśnieniami. Adam Silver, komisarz NBA, siedział tymczasem na krześle na parkiecie, na przeciwległym końcu, daleko od stołu z pierścieniami. Nie wygłosił przemówienia i nie uczestniczył w ich wręczaniu, choć zazwyczaj właśnie to robi. Trudno uznać taki układ za szczególnie subtelny, zwłaszcza że administracja Silvera od dawna pozostaje w konflikcie z Jamesem Dolanem. Liga nie skomentowała roli komisarza. Można więc podziwiać kompozycję: komisarz NFL za plecami człowieka prowadzącego ceremonię NBA, komisarz NBA siedzący daleko od głównego wydarzenia i właściciel klubu uwikłany w długotrwały konflikt z ligową administracją. Brakuje tylko kogoś z NHL, kto wszedłby na parkiet i wręczył wszystkim rachunek.

Żeby jednak było jasne, nie istnieje żadne uniwersalne prawo NBA nakazujące wręczać każdemu asystentowi pierścień dokładnie w noc podniesienia banneru. W poprzednim sezonie asystenci oraz część osób związanych z Oklahoma City Thunder również nie otrzymali swoich podczas ceremonii. Są jednak precedensy działające na niekorzyść Knicks: asystenci Cleveland Cavaliers po mistrzostwie z 2016 roku i Los Angeles Lakers po tytule z 2020 roku dostali pierścienie już w noc świętowania. Może to była ta dobra sprężyna LeBrona? A może te organizacje mają więcej klasy?

Asystentom Knicks rzekomo obiecano, że ich biżuteria dotrze później. Można oczywiście uznać, że to drobiazg. W końcu nikt nie umiera bez pierścienia, a mistrzostwo nie znika z historii tylko dlatego, że jubilera nie było w pobliżu z suwmiarką. Tyle że zawodowy sport składa się właśnie z takich drobiazgów: hierarchii, gestów, uznania i drobnych upokorzeń, które z zewnątrz wyglądają jak nic, a od środka potrafią powiedzieć człowiekowi dokładnie, ile jest wart w oczach przełożonych.


Jeszcze ciekawiej robi się na zapleczu Madison Square Garden. Wielu długoletnich pracowników obiektu, w tym osoby z biznesowego działu Knicks, w ogóle nie otrzyma pierścieni. Zazwyczaj większość pracowników drużyn NBA dostaje własne egzemplarze, skromniejsze od tych przeznaczonych dla zawodników i najważniejszych ludzi organizacji, ale jednak będące namacalnym znakiem, że sukces nie wyprodukował się sam. Ktoś musiał przecież wykonać całą tę niewidzialną robotę, zanim zawodnicy wyszli na parkiet, a później mogli krzyczeć do kamer, że zrobili to dla miasta. W Nowym Jorku najwyraźniej nie wszyscy zasłużyli nawet na tyle, żeby dowiedzieć się, jak wygląda pierścień, którego nigdy nie dostaną.

Ale hitem tej opowieści jest fakt, że pod koniec września Knicks wysłali szerokiej grupie pracowników maila z grafiką dwóch pierścieni. Treść była piękna, gładka i napisana językiem, który potrafi rozbroić czujność skuteczniej niż darmowa pizza w biurze:

„Gratulacje, Twój pracowniczy pierścień mistrzowski jest już gotowy. (Imię i nazwisko), to prezent od MSG. Ten sam jubiler, ta sama jakość, spersonalizowany Twoim imieniem. Bez żadnych kosztów. Do wyboru dwa wzory: Championship Gold i Garden Classic. Zarezerwuj swój poniżej”.

Człowiek czyta coś takiego i przez sekundę może poczuć, że wielka organizacja jednak pamięta o ludziach, którzy nie rzucają za trzy, nie podpisują kontraktów za setki milionów i nie mają twarzy wyświetlanej na telebimie wielkości bloku mieszkalnego. Ale nie. To był test phishingowy. Pracownicy, którzy kliknęli w link, nie wybierali pierścienia. Zamiast biżuterii dostawali obowiązkowe szkolenie z cyberbezpieczeństwa, przygotowane w odpowiedzi na rosnące obawy Dolana dotyczące tej dziedziny.

Z jednej strony mega śliska akcja, bo po pięćdziesięciu trzech latach posuchy rzucają w Nowym Jorku taką przynętę na mistrzostwo, co bulgocze to w piwnicy jak stary, skwaśniały gąsior. Bezczelne, podłe i świńskie jak cholera. Ale z drugiej strony – niech mnie Jokić od tyłu fauluje – kłaniam się w pas pomysłodawcy. Żeby tak z zimną krwią, cwanie prześwietlić własnych chłoporobotników, to trzeba już Dolanem.

Opublikowano

w

,

przez


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.