Wszyscy się dziś jarają tymi dziesięcioma minutami Sochana w Knicks, jakby to było objawienie na pustyni. A przecież to Cade przyszedł i wręczył mu kamienne tablice z napisem “tak się łapie balans, synu”. Więc na przekór, z czystej złośliwości i może z odrobiny zmęczenia tym zbiorowym podnieceniem, odpaliłem sobie pierwszy mecz #ŁotyszMVP w barwach Warriors.
Przegrali z Bostonem. No i co z tego. Ja chciałem zobaczyć Porzingisa żywego, oddychającego, w zdrowiu i – nazwijmy to – w dobroci. Miesiąc go nie było. Miesiąc. W NBA to wieczność, tam się w tydzień zapomina o twarzy, w dwa tygodnie zmienia się narracja, w trzy buduje pomnik komuś innemu. A tu nowy zespół, nowa rola, a ja podniecony jak ojciec, który czeka pod WORD-em, czy syn wyjedzie z placu bez zgaszenia silnika. I mało tego. Mała niespodzianka taka: wyjechał i to jeszcze z “7” na masce. #StayMe7o
Nie było wstydu. 12 punktów, 1 zbiórka, 1 asysta, 1 blok i 2 straty w 17 minut przeciwko Celtics, tym samym niesfornym Celtics, którym pomógł zdobyć mistrzostwo w 2024 roku. Statystycznie skromnie, prawie ascetycznie, jakby ktoś liczył kalorie. Ale to nie był mecz o liczby. To był mecz o to, czy ta łotewska tyczka jeszcze się nie złamała.
Rdza była widoczna. I nie taka romantyczna, filmowa, tylko taka zwykła, garażowa. Był odrobinę wolniejszy w obronie, jakby ktoś przykręcił mu tempo o pół sekundy za późno. Boston grał szybko, bez sentymentów, a on próbował się wpasować w ten rytm. Mimo to były też przebłyski. Czasem w jego ruchach pojawiał się cień dawnej chwały pierwszego Jednorożca – tego wysokiego potwora z bajki, który miał rzucać trójki, blokować wszystko i jeszcze przy tym wyglądać jak projekt z laboratorium przyszłości. Jeff Hornacek ma u mnie zawsze naplute do zupy. On wie za co.
Trafił dwie trójki. Rozciągał parkiet, czasem jak gumę do żucia, którą Warriors tak bardzo kochają. Kilka razy grali na niego izolację, ale Joe Mozzarella prawie za każdym razem wysyłał podwojenie. Zero sentymentów. Sam go tego nauczył, kiedy wyciągnęli go z Waszyngtonu za bezcen. Wiedział dokładnie, jak wyłączyć tę łotewską konstrukcję z gry. Podwojenie, presja, oddaj piłkę.
Steve Kerr już się pucuje. Mam już go dosyć. Tak po ludzku. Idź na emeryturę i weź ze sobą Draymonda “0-7 z gry” Greena. Na trawkę zieloną. W wywiadach Coach Kerr mówi, że zawsze wierzył w talent Porzingisa, że nie może się doczekać, jak wykorzystają go w końcówce sezonu, kiedy Curry wróci na parkiet. Zachwyca się jego ochroną obręczy i tym całym pakietem “stretch five z blokiem w gratisie”. I jasne, to ma sens. Porzingis potrafi trafiać z dystansu, robić miejsce, a przy okazji postawić ścianę pod koszem. Idealny typ do systemu, który Curry rozsławił przez lata.
Idealny. Tylko że o milion lat za późno.
Bez Curry’ego na nieokreślony czas i Butlera, co nie wiadomo czy za rok zagra, Porzingis jest teraz najciekawszą postacią ostatnich dwóch miesięcy sezonu Warriors. Wątła to nadzieja, ale zawsze. Cała narracja zaczyna się kręcić wokół niego, jakby ktoś próbował jeszcze raz odpalić silnik, który już kilka razy gasł na środku autostrady. Jak sobie poradzi? Powinien. Czy utrzyma formę? Nie przez kontuzje. Czy Warriors spróbują go zatrzymać na kolejny sezon?
Te pytania będą puchły w mediach, będą rosnąć jak balon nadmuchiwany przez ludzi, którzy bardzo chcą wierzyć w happy end. Jak ja, ale ja już nie mam złudzeń. Jak stary listonosz co ze strachem patrzy na pięciopiętrowy blok bez widny. On ma awizo, a co ma Porzingis?
Czwartkowy powrót był obiecujący. Dla niego. Dla zespołu. Dla wszystkich, którzy jeszcze mają w sobie trochę naiwności. Wyglądało to jak pierwsza randka po długim, toksycznym związku z kontuzjami. Uśmiechy, ostrożność, delikatne gesty, lekki drink i przystawka.
Tylko że my już znamy ten film. Znamy ten schemat. U Porzingisa to się kończy zawsze tak samo: kontuzją, smutkiem i żalem. Ciałem, które mówi “dość”, kiedy głowa jeszcze chce. I podtrzymuję swój smutny take: to jego ostatni sezon w NBA. Nie piszę tego z radością. Mówię to jako ktoś, kto widział już wystarczająco dużo jego powrotów, żeby wiedzieć, że nie wszystkie są początkiem nowej historii. Czasem są tylko ostatnim rozdziałem, który czytasz powoli, bo wiesz, że zaraz zamkniesz książkę i nie będzie kontynuacji.
Może dla niego byłoby lepiej, gdyby tak właśnie było. Bo NBA to nie jest miejsce dla kruchych jednorożców. To jest betonowa dżungla, która miele nawet tych zbudowanych z tytanu. A on, mimo całego talentu, zawsze miał w sobie coś z porcelany.


Dodaj komentarz