Otwieram symboliczny kącik wsparcia dla tych, którzy po tym okienku transferowym leżą gdzieś na parkiecie, patrzą w sufit i próbują zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Nie będzie tu wskazywania palcem zwycięzców i przegranych. Będzie lista wstydu. Taka cicha, lepka, niewygodna.
1. Wielki Shams
Najpierw Shams Charania. Człowiek, który wyszedł ze schowka na szczotki The Athletic i wszedł do studia ESPN jak do kasyna – wszędzie plastik, błysk, tanie światło i jeszcze ta atmosfera wiecznego “breaking news”, który często jest jak chipsy z automatu: dużo szeleszczenia, mało treści.
Od wakacji walił w temat Giannisa jak w bęben na marszu pogrzebowym. Plotki, źródła, doniesienia, pół ligi w napięciu. I co? I nic. Półtorej godziny przed zamknięciem okienka Bucks powiedzieli: “spokojnie, nic się nie dzieje, wracamy do domu”. Kurtyna opadła, orkiestra zamilkła, a Shams został na scenie sam, w świetle reflektora, bez spodni.
Giannis jeszcze dolał oliwy, publicznie podśmiechując się z tych wszystkich przecieków, a Doc Rivers przejechał się po Charanii jak walec po świeżym asfalcie. Na konferencji rzucił, że Giannis został trenerem w Celebrity Game, a jego podopiecznym będzie… sam Shams. I że pierwszą decyzją nowego “coacha” będzie wystawienie go na trade block.
Po czymś takim człowiek nie szuka już wyjścia, tylko dziury, żeby się w niej zwinąć i zniknąć. A do tego dochodzi jeszcze fakt, że w wyścigu o newsy coraz częściej ktoś go wyprzedza.
W tej lidze pamiętają wpadki – Woj z Hardenem w 76ers czy zamieszanie przed „The Decision” LeUciekiniera – ale w przypadku Woja nie było (albo nie pamiętam) tak długo pompowanego balonu, który na końcu pękł z takim smutnym pyknięciem, a sam dmuchający stał się ścierką do podłogi o którą wyciera się ktoś pokroju Riversa…
2. Niezdecydowany Grek
Potem Giannis. Facet zagadka, człowiek sprzeczność. Z jednej strony “Bucks 4 Life”, z drugiej rozmowy z zarządem, półsłówka, pasywno-agresywne wywiady, jakby chciał odejść, ale nie chciał powiedzieć, że chce odejść. Teraz pewnie siedzi, masuje chorą łydkę i patrzy w ścianę, bo playoffy uciekają jak ostatni autobus nocny – może play-in, może nic. Zarząd też patrzy w ścianę, tylko z innego powodu: nikt nie rzucił wszystkiego na stół za Greka i nie rozwiązał im problemu. Ale im to na rękę.
Indiana nawet nie dała picku z TEGO draftu. Zamiast tego załatali dziurę na centrze – tę samą, która powstała, gdy Bucks podkradli Mylesa Turnera, co później okazało się strzałem w kolano. Oficjalnie wszyscy się uśmiechają, ale w gabinetach i głowach dzieją się rzeczy, o których nikt nie mówi głośno. Złote ręce Zubaca pasują do ich układanki, tylko pytanie, czy są warte 50% szansy utraty top-4 picku w mocnym drafcie. Czas pokaże, a czas w NBA lubi kopać w zęby.
Giannis mógł po prostu wyjść jak facet i powiedzieć: “Panowie, wymieńcie mnie. Mam może trzy lata grania na poziomie. Dałem wam playoffy, MVP-level, mistrzostwo. Nie jestem wam nic winien”. Zamiast tego krążył wokół tematu jak nocna tancerka wokół klienta – dużo ruchu, dużo napięcia, zero konkretu i dotyku. Bawił się mediami, ale nigdy nie powiedział wprost. Efekt? Może play-in, może wcześniejsze wakacje, a telenowela będzie się ciągnąć do draft night albo free agency. Może właśnie o te wakacje chodziło – po EuroBaskecie, gdzie z Grecją wywalczył brąz, był wypruty jak stary silnik i chciał odpocząć?
Bucks zagrali to sprytnie. Wzbudzili zainteresowanie, zarzucili przynętę, a potem wycofali się. I teraz czekają na desperata, który odpadnie w playoffach.
Warriors podobno dawali Greena, Kumingę, wyrównanie salary i cztery pierwszorundowe picki. Bucks nawet nie mrugnęli. Latem Lakers, Knicks, Wolves, Heat i Cavs będą mogli rzucić więcej niż w czasie trade deadline. I to Bucks trzymają Giannisa za jaja, nie odwrotnie, niezależnie od tego, co mówi do mikrofonów.
3. W Miami bez zmian
Miami Heat. Jedyna drużyna, która nie zrobiła nic. Cisza jak w pustym kościele. Tkwią w przeciętności – ani w górę, ani w dół, wieczny cykl: polowanie na gwiazdę, brak wyników, brak resetu. Mogli ruszyć rotację, zbierać picki, przygotować się pod walkę o Antetokounmpo w czasie lata. Nie zrobili nic. Mogli coś zrobić z kontraktem Terry’ego Roziera – wygląda na to, że zostanie zwolniony za darmo, a miejsce zajmie ktoś z rynku wykupów. Stary schemat: przegapić zmianę, wziąć losowego weterana, przepłukać, powtórzyć.
Kibice to kupią? Raczej nie. Frustracja rośnie – zarządzanie młodymi, ich dostępność, ogólne poczucie, że talent gdzieś się rozmył. Zostało 30 meczów sezonu i wszystko jest takie samo: te same twarze, ten sam zapach, te same problemy. Pierwsze miejsce w play-in, a wokół ruch – Bulls sprzedali wszystko, Hornets idą w górę. Teraz patrzą na kontrakty: Powell i Wiggins mogą testować rynek w czasie lata, a Herro może dostać przedłużenie. Cisza przed kolejną burzą, albo przed kolejnym rozczarowaniem.
Może powinni włączyć do wymiany koszulkę Jordana co wisi pod kopułą? Jest to ciekawszy aset niż niektórzy ich gracze…
4. Chichot losu Cama Thomasa
I na końcu Cam Thomas. Tu nawet nie ma co mówić. Bill Simmons w ostatnim podcaście nazwał go “Dionem Waitersem obecnego pokolenia” i to brzmi jak epitafium jego kariery.
Mały człowiek, 193 centymetry, strzelec z Brooklynu, 24 lata. Przyjął kwalifikacyjną ofertę – rok, 6 milionów – bo rynek był chłodny jak stal na Kamczatce. Kilka miesięcy później Nets go zwolnili. 21.4 punktu średnio w 115 meczach przez trzy sezony, a chętnych brak. Liga zaciska pasa, każdy dolar oglądany pod światło z powodu apronów, nikt nie chce płacić za niepewność, a zwłaszcza za tykającą bombę ego bez defensywy.
Został wolnym agentem. Znów może wybierać, choć to środek sezonu i wybór przypomina raczej grzebanie w koszu niż zakupy w butiku. Chciał kontroli nad własnym losem – życie sprawdziło, ile ta kontrola jest warta. Nets mieli czwarty najgorszy bilans w tym sezonie, a on i tak nie był częścią przyszłości. Kontuzje Thomasa zrobiły swoje, skuteczność najgorsza w karierze, punkty spadły do kilkunastu.
Czekał na lato, a teraz został sam w środku srogiej zimy. Wolny bez ograniczeń. Znów może postawić na siebie. Problem w tym, że zakłady często się przegrywa, a kasa nie zawsze wraca, a oni nie jest urodzonym zwycięzcą.
Tak wygląda ten krajobraz po burzy. Migające światła, dym, kilka spalonych mostów i paru ludzi, którzy próbują udawać, że to był plan. NBA kręci się dalej, jak stary automat, który połyka monety i czasem wyrzuca nagrodę, ale częściej tylko hałasuje. A gdzieś pod tym wszystkim dalej jest gra – piękna, brudna, nieprzewidywalna.
Teraz czekają na nas: stagnacja, cyrk ASW, March Madness i w końcu upragnione play-offy…


Dodaj komentarz