Człowiek w końcu dochodzi do momentu, w którym przestaje się łudzić. Siedzi na kanapie i myśli: dobrze, że już nie jestem tym naiwnym typem, który zarywał noce na sobotnie konkursy All-Star Weekend, chrupiąc chipsy paprykowe i popijając wiśniówkę jak student filozofii, co odkrył nihilizm. Kiedyś to była wyprawa w nieznane, nocny rytuał, trochę święto, trochę grzech. Teraz? Poranny, dwugodzinny obowiązek. Jak wizyta u dentysty, tylko zamiast borowania masz sponsorów i plastikowy uśmiech ligi.
Rzuty za 3
Konkurs rzutów za trzy. Najprostsza rzecz na świecie, prawda? Bierzesz piłkę, rzucasz, piłka wpada albo nie. Nawet tego nie da się spieprzyć. A jednak Adam Silver czuwa. Dwukrotnie “From The Logo”, czyli niby z logo, choć ani to z formy, ani z logo. Ale sponsor zapłacił, więc nagle fizyka i logika robią miejsce księgowości.
Czuję, że to się dopiero rozkręca. Jeszcze chwila i jakaś onlyfansiara dostanie własną stację z piłkami, będzie machać cycem i rozpraszać zawodników, a segment nazwą “Shake That Rack”. W końcu Silverowi hazard już się sprzedaje, więc czemu nie to? Ewolucja NBA, proszę państwa, Darwin by się uśmiechnął, choć raczej krzywo.
Jeszcze przed startem – wywiad. Prezenterka NBC rozmawia z Lillardem, a ja się zastanawiam, czy ona ma garba, czy to tylko światło, czy może ja już widzę rzeczy, których nie ma. Do tego chodzi w obcasach po parkiecie. Parkiet, obcasy, telewizja. Cyrk jedzie dalej.
Sam konkurs? Nuda jak instrukcja obsługi lodówki. Donovan Mitchell nawet portek nie zdjął. Wyglądał ja przedszkolak ubrany w zimowy kombinezon, który idąc na sanki, a tuż przed wyjściem zorientował się, że musi siku. Devin Booker zbierał manę, ładował energię, wszystko pod ten moment, po czym przyszedł lekko kulawy Lillard i zgasił światło na jednej nodze. W meczach nie gra, ale jak trzeba się „pobawić w LA” to jest nagle zdrowy.
Druga runda to meltdown Bookera, bardziej sam się pokonał, niż Dame go dojecał. I tak Lillard wszedł do historii jako trzeci, który wygrał ten konkurs trzy razy, obok Birda i Hodgesa. Tamci robili to trzy lata z rzędu, Lillard miał przerwę, bo w 2025 nie dotarł do finału. Historia zapisana, pieczęć przybita, można wracać do reklam.
Gwiazdy i zmarszczki
Shooting Stars wróciło i przez chwilę człowiek poczuł coś na kształt nostalgii, jak zapach oranżadki w proszku Flipsów. Dziadki nadal są i dobrze, bo zawsze patrzyłem właśnie na nich. Pokazali się przyzwoicie, nie każdy musi wyglądać na emeryturze jak Eric Snow. To nie szydera, to obserwacja. Komisarz czuwał i tym razem i oczywiście trzeba było coś “ulepszyć”.
Tu padło na “celebryci podają piłki”. Niektórzy wyglądali, jakby jednoczesne chodzenie i oddychanie było dla nich zadaniem z fizyki kwantowej, a co dopiero celne podanie. Stary Brunsona tak się rozkręcił, że dwa razy prawie zabił KAT-a podaniem. Szczerze, rozumiem go.
A potem nagle 54-letni Allan Houston wyglądał, jakby ktoś mu właśnie dał 10-dniowy kontrakt. Ciało pamięta, trójka siedzi, ruch zostaje w mięśniach jak stary nałóg. Corey Maggette, legenda Clippers, trafiał z połowy częściej niż Shams trafia z “sources” w sprawie Giannisa. Knicks wygrali.
I teraz obserwacja: za czasów Randla nic nie było. Za czasów KAT-a finał konferencji pierwszy raz od 1999, wygrana w NBA Cup, teraz to. Ja tylko mówię.
Formuła wróciła, serce się ucieszyło, ale oczywiście trzeba było ją udziwnić. Czemu nie było zawodniczek WNBA? Pytanie wisi w powietrzu jak dym po tanich fajkach.
Organizacja?
Może to produkcja NBC, może stream, ale Intuit Dome, arena za gazyliony, brzmiała jak biblioteka o trzeciej w nocy. Cisza. Jakby ludzie, tak jak ja, siedzieli i myśleli: po co my to oglądamy. Ale to obserwacja z kanapy, nie z trybun. I jeszcze ten genialny pomysł: zaprosić gościa, który w piosenkach bluźni, zrobić z niego gwiazdę bieda halftime show, a potem wycinać bluźnierstwa z występu. Produkcyjny salto mortale, intelektualny breakdance bez muzyki producentów.
Konkurs wsadów
Konkurs wsadów. Szkoda kopać leżącego. Od dawna to już nie jest trup, a kości same. Trailer przed konkursem – sami starzy, a z nowych Dwight Howard, Gordon i LaVine. Już wtedy było wiadomo, że jest problem. I faktycznie, trailer był lepszy niż konkurs. Prezentacje zawodników w formie filmowych mini-zajawek – klimatyczne, najlepsza rzecz całej soboty. A potem przyszła rzeczywistość.
Carter Bryant zaczął biednie, potem złapał rytm, wiatr w żagle, nadzieja wróciła, aż przyszedł ostatni, decydujący wsad i wszystko się rozpadło. Jase Richardson, syn tego Jasona z tych Richardsonów, ale bez windy w nogach i bez kreatywności. Za krótki i za wolny. Ostatnie miejsce zasłużone. Jaxon Hayes zrobił show, które było kwintesencją Lakers: dużo hałasu, mało treści i mega przereklamowane.
I wreszcie zwycięzca, Keshad Johnson. Nie mógł przeskoczyć gościa z kondomem na głowie, udało się dopiero za trzecim razem. Przez cały konkurs flexował się po każdym wsadzie, jakby Spoelstra właśnie obiecał mu, że od poniedziałku będzie grał średnio nie 6, tylko 8 minut. Ktoś na X napisał, że jego dunki były tak słabe, że musiał tańczyć, żeby rozproszyć sędziów. Dwighta Howarda nie musiał, ten rozdawał 47 punktów każdemu, kto pojawił się na parkiecie.
I tak siedzę, patrzę, i naprawdę cieszę się, że nie zarwałem na to nocy. Liga musi coś z tym zrobić, bo to zaczyna przypominać stypę sponsorowaną przez korporacje. Zero ognia, zero rywalizacji, zero emocji. USA vs Reszta Świata może będzie lepsze. Może. Ale człowiek już nauczył się nie wierzyć w bajki.


Dodaj komentarz