Cieszę się, że nie rzuciłem się na klawiaturę od razu po tym, jak Bam odwalił swój numer. Serio. Dobrze czasem odczekać, jak mięso w marynacie. Niech poleży, niech przejdzie przyprawą, niech soki wyjdą na wierzch. Bo kiedy kurz opada, to dopiero widać, czy oglądałeś tragedię, czy farsę. A najlepiej – jedno i drugie naraz.
AKT I – Jak on śmiał?
Obudziłem się, zaspane oko, kawa jeszcze nie paruje, telefon w łapie. Patrzę na wynik i pierwsza myśl: pewnie jakiś fake. Internet lubi takie żarty. Ale nie. Prawdziwe jak ból zęba. Bam Adebayo. Osiemdziesiąt trzy punkty. W jednym meczu NBA.
Pierwsza reakcja – niby fajnie, ale na Wizards? No kurde. Trochę jak pobić rekord prędkości na parkingu pod Lidlem. Szkoda, że nie na kimś poważnym. Potem przyszła druga refleksja, taka bardziej pokorna. Ja w życiu nie zdobyłem ani jednego punktu w NBA. W NBA2K raz rzuciłem 112 i byłem potem psychicznie wyczerpany jak kierowca TIR-a po trasie do Portugalii. Więc kim ja jestem, żeby mówić zawodowemu koszykarzowi, że “nie powinien” zrobić 83 punktów na tankującej drużynie?
No ale dobra. Włączyłem mecz. Po trzech kwartach Bam miał 62 punkty. W czwartej dorzucił 21 i to już było trochę na siłę, trochę z rozpędu, trochę dlatego, że koledzy uznali: skoro rekord wisi w powietrzu, to niech chłop próbuje go złapać jak muchę w słoik. I tak mu podawali. I tak mu pomagali. Nawet kiedy – co jest nagrane – prosił, żeby nie faulowali graczy Wizards specjalnie. Tylko że wtedy on miał już 79 punktów, więc trochę późno na moralne rozkminy.
Coach Spo? Nie miał z tym problemu. Nie ściągał go z parkietu, żeby chronić jakiś mityczny rekord Kobasa. Wręcz przeciwnie – zachęcał. Bo rekordy są po to, żeby je łamać. Po meczu komplementy leciały jak konfetti: najlepszy two-way gracz w lidze, bla bla bla. I Spo jasno powiedział – nie będzie nikogo przepraszał. Sam Bam też nie. Swoją drogą to zabawne, że trzeba się czegoś takiego tłumaczyć.
Po drugiej stronie parkietu byli Wizards, którzy tankują tak ostentacyjnie, że to już prawie performance art. A jednak w którymś momencie poczuli się urażeni. Jakby ktoś im nasikał do zupy. Były akcje, gdzie walili w niego prawie full court press na trzech chłopa, byle tylko nie zostać kolejnym memem w historii, jak Raptors w 2006. Robotę mieli głupią. Im bardziej go dusili, tym częściej stawał na linii. 43 próby rzutów wolnych. Najwięcej w historii ligi. I nagle lament. A Bam robił to, co robią ludzie jego rozmiaru: wchodził w pomalowane jak dzik w krzaki. A skoro wchodził, to go faulowali. Prosta fizyka.
Trafił 83,7% tych wolnych. Ale to już nie pasowało do narracji. Bo jak Dwight Howard kiedyś dwa razy oddawał 39 wolnych, to było okej. Ale wiecie: on w karierze trafiał 56,7% wolnych i przeciwnicy specjalnie robili na nim Hack-a-Shaq. Wtedy jakoś nikt nie płakał.
Jestem przekonany, że gdyby te 83 punkty zrobił ktoś z obecnej koszykarskiej arystokracji – Shai, Jokić czy Luka – to wszyscy by się zachwycali jak dzieci na pokazie fajerwerków. Nieważne byłoby na kim, w jaki sposób, czy z pomocą kolegów.
Ale Bam Adebayo? Ten borderline all-star? W meczu grający obok takich nazwisk jak Myron Gardner, Davion Mitchell, Pelle Larsson czy Kasparas Jakucionis, bo nie było Herro, Powella ani Wigginsa. Dostawał piłkę i robił swoje. Karał bieda zestaw podkoszowy Wizards i jadł ich tam jak promkę w McDonaldzie o trzeciej nad ranem. I to jeszcze bardziej ludzi bolało. Bo Bam nie jest typem seryjnego strzelca.
Gdyby to był Stephen Curry i oddał miliard trójek, wszyscy wzruszyliby ramionami. “No tak, Steph i jego sztuczki”. A tu nagle center oddaje 22 próby rzutów za 3 i trafia 7? Do tego wolne, pomoc kolegów, błogosławieństwo trenera i dzikie ryki domowej publiczność? Dla niektórych to było za dużo. I żółć się ulała. A ja czekałem z miską.
AKT II – Zesrańsko
Hejt płynął szerokim strumieniem. Argumenty jednej i drugiej strony chrupały między zębami jak skwarki. Syciłem się tym jak wampir energetyczny, który trafił na darmowy bufet. Bo to fascynująca sprawa jest: jak wyczyn obcego faceta za oceanem, który zarabia miliony za wrzucanie piłki do kosza, może doprowadzić ludzi do stanu emocjonalnej sraczki?
Sekcja “Dla Ciebie” na Twitterze płonęła cały dzień. I w którymś momencie pomyślałem, że takie rekordy powinny w NBA padać co dwa albo trzy tygodnie. Jak dawka dopaminy. Nie dało się tego dnia pracować. Odświeżałem jak w transie. Kabaret trwał. Poważni ludzie wskakiwali na barykady, po czym zaraz leżeli w błocie. Wyciszanie. Blokowanie. Ucieczki. Prawnicy. Taniocha. Klasyczna wojna polsko-polska, tylko w koszykarskim cosplayu.
Najlepsze było to, że niby gardzili tym wyczynem Bama, ale jednocześnie kradli z niego highlighty na swoje konta, żeby wyświetlenia i kliki się zgadzały. Dzień później – po kompletnym zdyskredytowaniu osiągnięcia Adebayo – ci sami ludzie dostawali orgazmu do 3 minut Sochana w meczu o nic z Jazz. Jakby chłopak właśnie wygryzł OG Anunobyego z pierwszej piątki. Niby nie można zrobić żartu z żartu, ale niektórym się to mimowolnie udaje.
Ale nie tylko polski internet się popisał. W Stanach też odpalono orkiestrę żałobną.
Sam Amick z The Athletic stwierdził, że Bam powinien z szacunku nie bić rekordu Kobasa. Coach Spo powinien go zdjąć po 81 punktach i uszanować wielkiego Byranta. Doris Burke powiedziała, że czuje się “nieswojo” przez liczbę rzutów wolnych Bama. Ja się czuję nieswojo przez jej komentarz. Do mikrofonu dorwał się też Gordon Hayward – o dziwo nie jego żona he he he – i oznajmił, że Bam nie jest typowym scorerem i to nie jest dobre dla ligi, że ktoś taki został drugim najlepszym punktującym w historii jednego meczu. Temu panu już podziękujemy. Gordon, pamiętasz hasło „where amazing happens”? No właśnie.
Swoje negatywne trzy grosze dorzucili też Redick, Udoka oraz – uwaga – trener Wizards, drużyny, która właśnie dała się zmasakrować. Na szczęście pojawiły się też głosy jadące Waszyngton i przypominające starą prawdę: gra się tak, jak pozwala przeciwnik.
AKT III – Posłowie
Koszykówka ma jednak poczucie humoru. W następnym meczu Bam zdobył 21 punktów. Rzuty z gry 6-20, w tym 0-5 za trzy i 13 prób rzutów wolnych. Nie był nawet najlepszym strzelcem w swoim zespole. A Heat i tak wygrali z Bucks i mieli 7 zwycięstw z rzędu, szóste miejsce na Wschodzie. Ucieczka od play-in trwa. Gonią Magic i Cavs. Już mają o jedno zwycięstwo więcej niż w całym poprzednim sezonie, a przy okazji drugi atak w lidze i pierwszy pace. I co się stało? Na Bama spadła fala szydery, że “tylko 21”.
Paranoja.
Miłym detalem było to, że na rekordowym meczu była jego dziewczyna – A’ja Wilson z Las Vegas Aces. Kobieta, która do spółki z Liz Cambage trzyma rekord punktowy w jednym meczu WNBA – 53 oczka. Później chodziła w koszulce z emoji „![]()
![]()
” upamiętniającą wyczyn Bama. Internet oczywiście też się o to zesrał.
To w ogóle nie jest dobry czas dla starych dziadów NBA. Dzień po wyczynie Bama, SGA pobił 63-letni rekord Wilta i zaliczył 127. mecz z rzędu z minimum 20 punktami. W chwili pisania tego akapitu, Andre Drummond potrzebował jednej ofensywnej zbiórki, żeby wywalić z TOP10 all-time wielkiego w oczach boomerów Charlesa Oakleya.
Tego Oakleya, który nikomu się nie kłaniał, jednym łokciem kładł chłopów do piachu, żuł gwoździe i zabijał swoim prąciem nosorożce w trumnie. Bo kiedyś to była prawdziwa koszykówka. Twarda. Poważna. Nie to co teraz – trójki i wolne.
Koszykarscy bogowie, miejcie tych dziadów w opiece. Dajcie im zapas Amolu i proszków na demencję. Bo jest połowa marca. Każdy ma już trochę wywalone i wszyscy czekają na play-offy. A do tego czasu może się zdarzyć coś zabawnego. Na przykład taki Luka wstanie rano, wypije kawę i rzuci 90 punktów na Pacers albo Kings. I cała ta karuzela zacznie się od nowa
Czego sobie i Wam serdecznie życzę.


Dodaj komentarz