O tym ancymonie jest jakoś podejrzanie cicho. Cisza taka, że aż dzwoni w uszach, jak w kościele w środku tygodnia, kiedy nawet organista poszedł na papierosa. Lauri Markkanen – jedno z największych nazwisk na rynku, a tu nic.
Lauri Markkanen w trade deadline
Zero ploty, zero przecieków, zero tych nerwowych zdań połowicznych rzucanych agentom do ucha. Jakby ktoś zdjął dźwięk z całej ligi. I wtedy pojawia się to pytanie, które wisi w powietrzu jak zapach starego potu w szatni: czy Jazz po prostu poczekają?
Logika przed sezonem była brutalnie prosta. Markkanen wyglądał jak idealny kandydat do wymiany: gwiazda na swoim prime’owym zakręcie, ale kompletnie niepasująca do osi czasu Jazz, którzy tkwią po kolana w błocie przebudowy i nie mają nawet mapy, tylko kompas z urwaną igłą. I to jeszcze po tak dobrym w jego wykonaniu Eurobaskecie.
I zasadniczo nic się tu nie zmieniło. Fin ma 28 lat, kontrakt ciągnący się aż do 2029 roku i jeszcze 191,6 miliona dolarów do zainkasowania. Utah nadal jest jednym z najgorszych zespołów Zachodu, kręci się przy dnie ligi w net ratingu, jak puszka po piwie w rynsztoku. Krajobraz jest ten sam: pustynia, kurz, brak perspektyw.
Utah Jazz: czy coś się zmieniło?
Zmieniło się – albo raczej potwierdziło – coś innego. Markkanen jest absurdalnie dobry w byciu wygodnym. W tym sensie koszykarskim, ale też egzystencjalnym. Notuje najlepszą średnią punktową w karierze, a jednocześnie nie wysysa tlenu z ataku. I co? Wymienią go?
Oczywiście, jeśli pojawi się ktoś z walizką bez dna i wyłoży prawdziwy skarb, Danny Ainge zrobi to, czego Danny Ainge nie robił od dekad – skinie głową i podpisze papier. Każdy w tej lidze ma cenę, nawet pomniki. Ale Jazz są w dziwnej, niemal perwersyjnej pozycji: mogą być bardzo słabi, mając najlepszego gracza, i jednocześnie siedzą na stercie picków jak smok na złocie. Tona wyborów, przyszłość zapakowana próżniowo.
W takim układzie wymiana Markkanena wcale nie musi być tym najmądrzejszym ruchem długoterminowo. Zwłaszcza że młody core Jazz za chwilę dorzuci kolejny pick z loterii i w którymś momencie będzie musiał nauczyć się oddychać na wyższym poziomie rywalizacji.
Ktoś musi wtedy trzymać drzwi otwarte, chyba że sportowa zawziętość weźmie górę, ta fińska krew zacznie buzować i sieknie go w głowę, a on powie głośno i dobitnie, że on ma już dość czekania i chce wygrywać, tu i teraz. W czasie wspomnianego EuroBasketu widać było ogromną radość z jego gry i osiągniętego sukcesu. Czwarte miejsce, najlepiej w historii kraju. To, czemu grać w NBA ogony, skoro można szturchnąć starego Danny’ego łokciem i powiedzieć, że już czas na samolot?
Jazz wymienią Markkanena do Pistons?
Ale jeśli już robimy wymianę, to ja dalej swoje: Pistons. Detroit pasuje do niego jak brudny płaszcz do zimy. Tam to ma sens, tam to gra. Atak i obrona. Scenariusz jest prosty, brzydki i bardzo NBA: Lauri Markkanen i Georges Niang lądują w Pistons, a Utah dostaje nieśmiertelnego Tobiasa Harrisa, Jadena Iveya, niechroniony pierwszorundowy pick w 2026, niechroniony w 2028, pick z 2030 chroniony 1-4 i dwa wybory w drugiej rundzie. Niech mają i się nażrą. Dużo mięsa, dużo przyszłości, zero sentymentów.
Oby Detroit to zrobiło, bo teraz jest fajnie i fajniusio, ale w play–offach, to jest inna melodia, inne kroki, inny styl trzymania partnerki za cycka w czasie walca. A Markkanen z Cadem to pasują do siebie jak łycha do coca-coli.
Lauri Markkanen w Spurs?
Jak nie Pistons, to może Spurs. O ile – powtarzam – O ILE – San Antonio w końcu zbierze się na odwagę i zrobi ruch, który nie wygląda jak ćwiczenie z cierpliwości dla mnichów zen.
Bo jak pisałem ostatnio: oni nie muszą robić nic, są na drugim zespołem w mocniejszej konferencji i mają przed sobą młodą przyszłość. Ale jeżeli, to wtedy Jeremy Sochan jedzie do Mormonowa kręcić Krakowską Podsuszaną na brzegu jeziora. Tak, na tę koszykarską pustelnię, a jego mozolna robota przy piłce i bez niej zaczyna się tam od nowa, w innym świetle, pod innym niebem, ale za to z mniejszą temperaturą.
Spurs biorą Markkanena. Jazz dostają Harrisona Barnesa, Keldona Johnsona, Pierożka Sochana, pierwszorundowy pick 2026 (swap z Atlantą), pick z drugiej rundy 2026, pick pierwszorundowy z 2027 (też Atlanta), pick drugiej rundy 2028 (od Pelicans) i prawa do swapu w 2030 z Dallas albo Minnesotą. Pakiet ciężki, długi, pachnący przyszłością. Siadłby koło Victora i koło trzech obrońców bez rzutu za 3 (no dwóch), ale za to z silnym przymusem wjazdu pod kosz.
Warriors i Hawks po Fina?
Warriors? Nie. Kompletnie mi nie siedzą. Niech już idą na emeryturę najlepiej. Każdy: Kerr, Curry, Green i LeBrona zabiorą ze sobą. Sio. Musieliby oddać każdego młodego, który coś znaczy puls Kumingę i picki, a to już brzmi jak wyprzedaż garażowa po trzęsieniu ziemi.
Atlanta trochę krąży mi po głowie. Zaczyna się tam jakaś narracja w mediach o przytuleniu Giannisa, ale może zamiast greckiego płaczka lepiej wziąć fińskiego chirurgia? Tylko jak to poskładać, jakie picki musiałyby polecieć? Kristaps pewnie jako salary filler + Zachariasz Rizaszer? Mi to pasuje, bo zaraz by wykupili Kej Pi i albo by skończył karierę, albo za grosze poszedł do kontendera nagle wyzdrowieć. Heh. Ainge pewnie już ostrzy zęby na ten pick od Pelicans, ale nie wygląda na to, żeby Jastrzębie chciały oddać go bez walki, więc pewnie nic z tego.
Wymiana Markkanena nie taka oczywista?
I tak to stoi. Cisza. Markkanen wrócił po krótkiej przerwie i biega, punktuje, wygładza grę, a liga patrzy, jakby czekała na znak z nieba. A Utah? Utah może po prostu siedzieć, patrzeć i pozwolić światu kręcić się dalej w swoim absurdzie.
Czasem brak ruchu jest najbardziej bezczelnym ruchem ze wszystkich, a Danny Ainge jest chamem pierwszej wody, ale nie takim z książek Żulczyka.


Dodaj komentarz