U nas zmiany. Redaktor Kryspin uruchomił nową stronę, wrzucił nowy layout, wiecie taki radosny, jak uśmiech kelnera, który wie, że napiwek i tak będzie marny. Zmienił kolory, czcionki, żeby było fajnie i fajniusio. Redaktor Przemek, czyli ja, to wciąż ten sam pozer: lekko zjełczały, niby cyniczny, ale dalej wierzę, że za rogiem czai się jakieś koszykarskie objawienie. Pozwólcie mi mieć swoje marzenia.
Damian Lillard to pocieszna bestia
Pierwszy na ruszt wjeżdża Damian Lillard. Ten pocieszny, wiecznie zaskoczony życiem gość, który w każdym kolejnym wywiadzie brzmi, jakby ktoś go właśnie obudził z drzemki i kazał tłumaczyć sens własnych decyzji. Wypowiedziane przez niego słowa są miękkim i wilgotnym sensem tego akapitu więc proszę:
“Everything is happening in a weird way,” … “What are the chances that I tear my Achilles and I get waived with two years left … and the first team I think of — and the first team that contacted me — is the Blazers? And me being back here … you know, I had to go away for this team to be assembled. And now it’s a team that I would have wanted to play on for years. So now I have a year to connect with this team while building my body up to get ready to go.”
Tak mówił dla “The Athletic”. Niby wzruszające, niby ckliwe, a tak naprawdę brzmi to jak wygładzona mowa kogoś, kto sam nie wie, jak bardzo sam sobie zaszedł za skórę.
Ten sam Damian, który jeszcze wczoraj, w 2023 roku, tupał nogą, że młodzieży nie chce, że pick #3 mu przeszkadza, że on tu przyszedł wygrywać, a nie robić za niańkę. Gość, który rozegrał raptem wówczas 58 spotkań, klub wygrał całe 33 i myślał, że swoim foszkiem zamieni Portland w kontendera, jakby istniał w tej lidze jakiś magiczny przycisk z napisem „Proszę bardzo, oto tytuł”.
Klub miał dość. Przytomnie postanowili nie iść w tę farsę. Zaczęli się budować od nowa, ale bez niego, bo dostał bilet do Bucks, a od ligi karę za udawanie razem ze swoim agentem Richa Paula. A potem Damian wrócił, z niewypowiedzianą nadzieją, że wszyscy zapomnieli, kto pierwszy wyszedł z domu trzaskając drzwiami. Więcej o tym przeczytacie tutaj.
Narracja o romantycznym powrocie pasowałaby może do filmu familijnego z lat 90’, ale nie do ligi, gdzie ruchy klubów mają więcej wspólnego z giełdą, niż z uczuciami. Sprzedaż klubu wisiała na włosku, siostra po Allenie już szukała nowego nabywcy, więc dla PRu i podniesienia wartości klubu ściągnęli ckliwą historię Lillarda i wybrali w drafcie Yanga Hansena: człowieka, którego w Summer League oglądało pięć milionów Chińczyków w środku nocy, a później te same ludziki najpierw zrobią, a później kupią jego koszulki. To był jeden wielki marketingowy foot massage. Koszulki, kliki, zasięgi, dolary. Prosta arytmetyka, żadnej metafizyki.
A Damian? Teraz mówi, że „musiał odejść, żeby ta drużyna mogła się zawiązać”. Jakby był jakimś koszykarskim Gandalfem, który opuścił drużynę tylko po to, by wrócić bielszy, mądrzejszy i gotowy do walki. Problem w tym, że nie wrócił bielszy. Wraca po kontuzji, po brutalnym zwolnieniu, po focho-historii i jeszcze udaje, że to jakiś akt bohaterstwa.
Raczej nie. Raczej zwykła konsekwencja własnych decyzji, które dopadły go jak mandat za złe parkowanie. Zostawił drużynę, dzięki czemu ta drużyna naprawdę zaczęła robić to, co teraz tak mu imponuje. A teraz wślizguje się z powrotem i mówi, że wszystko tak miało być. Nie miało. Wstyd.
Wcześniejsze podsumowania tygodnia w NBA
Oddajcie mi moje Seattle!
A teraz Pelicans. Drużyna, którą najchętniej wsadziłbym do kartonu, zakleił taśmą i wysłał pierwszym lotem do Seattle. I nie dlatego, że kocham SuperSonics i łaknę ich powrotu, tylko dlatego, że Nowy Orlean od lat robi z NBA parodię telenoweli, gdzie każdy odcinek kończy się gorzej niż poprzedni.
Jeżeli weźmiemy na audyt erę od 2012 roku (czyli wyboru Anthony’ego Davisa) i kiedy to rok później zmienili nazwę z Hornets na Pelicans, to mieli w tym czasie aż dwie jedynki z draftu (Davis i Zion) i jedynym ich osiągnięciem w tym okresie (w tym roku wybija pechowe 13 lat) były jedne półfinały konferencji w sezonie 2017-2018 i trzy wypady w pierwszej rundzie, gdzie dwa razy przegrali do zera.
Jeden z najsmutniejszych eksperymentów tej ligi. Picki? Wypieprzyli jak stare talerze po remoncie w ciągu dwóch tygodni. Z trenerem – Willem Greenem – pożegnali się w stylu korporacyjnego maila o “restrukturyzacji działu”. Green miał w swojej czapce masę kradzionych gruszek i brudu za paznokciami, ale po starcie klubu 2-10 ktoś musiał za to beknąć i padło jak zwykle na trenera.
A Joe Dumars? Drogi Boże koszykówki. Tego pana trzeba nie tyle zwolnić, co oddać do totalnej utylizacji, aby już nigdy więcej nie odebrał telefonu jako prezydent/GM żadnego klubu w historii wszechświata. Lekką ręką oddał obecny #2 i #3 picki w mocnym, przyszłorocznym drafcie, a to Greena powiesili.
I ten Zion. Slim Zion. Fit Zion. Zion na diecie, Zion jak z plakatu motywacyjnego. A potem liga ruszyła i wszystko wróciło do normy: siedem meczów na siedemnaście. Syndrom Ziona: kontuzja, chmurka, cisza, powrót, dwa wsady na highlightsach i kolejny zjazd. Sprzedać to? Oddać? Jasne, tylko komu? Odpowiedź jest jedna: Kings.
Tylko oni, a zwłaszcza Vivek Ranadive jest w stanie uwierzyć, że kupuje potencjał. Zion i Westbrook to duet mocy, który powoduje kwaśny posmak w ustach, niczym bateria pod językiem, ale to coś, co może wykiełkować w głowie Vivka jako plan uratowania Kings. Cena? Przyszłoroczny pick w drafcie.
Ale jak mam to barachło przyjąć do Seattle, to warunek jest jeden: pelikan Pierre musi umrzeć. Każda jego forma: od morderczego pelikana rodem z obrazów Beksińskiego, aż do tego lukrowanego dziwoląga ze skrzydłami. Każdy kostium należy wynieść z magazynu, ułożyć w kręgu soli, polać benzyną i spalić. Ten stwór nigdy nie powinien był opuścić biura projektowego.
Za to tuliłbym do redaktorskiej piersi Derika Queena. Jest trochę surowy, mega nierówny, ale ma przebłyski w tej złej drużynie. Może nawet w przyszłości obroni to oddanie jednego, wspomnianego wyżej picku przez Dumarsa, ale to na razie za mała dawka danych.
Queen miał zryw na początku listopada, gdzie nawet przyzwoicie to wyglądało. Później mały zjazd do bazy, ale od pięciu spotkań wychodzi w wyjściowym składzie i robi sobie 17.6 punktów, 8 zbiórek, 5.4 asyst, 1.4 przechwyt i bok. 49% z gry i żałosne 16% za 3. Coś w nim jest, ale żeby go otworzyć, jak jajko niespodziankę, trzeba go przenieść z bagien Luizjany do deszczowego Seattle, podlać miłością kibicowską, zapodać na słuchawkach Alice In Chains i napoić dobrą kawą, z której słynie to miasto.
Kevin O’Connor – mój ulubiony dziennikarski pokemon
A po drugiej stronie tego koszykarskiego lunaparku stoi Kevin O’Connor. Dziennikarski pokemon, który ewoluuje w coraz bardziej nieprawdopodobne formy. Czytanie wypocin KOCa o NBA, to dla mnie jak codzienne oglądanie samoświadomego Tamagotchi z małą ilością ramu.
Gitarzysta, streamer, analityk, prorok draftu jednocześnie: wszystko i nic. Jego hot tejki brzmią czasem jak instrukcja obsługi suszarki przetłumaczona przez Google Translator w 2010 roku: niby wiadomo, o co chodzi, ale nie tak do końca. Kiedy był pod skrzydłami Billa Simmonsa w “The Ringer” służalczo zgadzał się z każdym jego słowem, przez co nie dało się oglądać ich wspólnych podcastów. Tylko przypomnę: miał być analitykiem, który ma nowatorskie podejście do NBA i własną, niezachwianą niczym perspektywę tej ligi.
Merytorycznie starał się za wszelką cenę wejść w buty Zacha Lowe, aby być Zachem dla Ringera, i wnosić tam jakość, jaką Lowe wnosił do Grantlandu (świeć panie nad jego duszą). Jednak miał słabe tejki, jego “sources” nigdy się nie sprawdzały i w pewnym momencie zaczął się kreować na głos proroczy w sprawie draftu i napływających prospektów. Tylko to tu zostawię.
Nawet w swoim podcaście “The Mismatch” był tym drugim, bo jego współprowadzący – Chris Vernon – miał lepsze czucie tematu, niż KOC, który tylko dosadnie mówił o tym, co i tak każdy już wie, a nie dodawał nic nowego do dyskusji.
Rok temu odszedł z Ringera i dołączył do Yahoo Sports. Miałem nadzieję na wielki duet: Kevin O’Connor i Jake Fischer, ale ten drugi specjalista, który w jedną noc draftową potrafił przepraszać kilka razy za swoją niekompetencję i pomylone “sources” wyssane z palca poszedł do Marca Steina i jego bloga (?) za paywallem “The Stein Line”. Mogło to być podcastowe Avengers, Messi i Ronaldo od złych take’ów w jednej drużynie. Zostało nam to odebrane.
Ostatnio było trochę zabawego kontentu u niego. Najpierw stwierdził, że gdyby Cooper Flagg został na uczelni i przystępował dopiero do nadchodzącego draftu, to pewnie znalazłby się w okolicy #6 miejsca. Dostał za to trochę po uszach w komentarzach i od razu zaczęło się pudrowanie, jak te poniżej.
Dwa dni temu powiedział w podcaście, że Brooklyn Nets podbijają wartość Michaela Portera Jr. żeby go oddać dalej. Sama teoria nie jest sama w sobie jakoś strasznie pokręcona. MPJ nie wygląda jak cornerstone organizacji, wali statystyki puste i napompowane zarazem, jak wafle ryżowe i ogólnie można go oddać bez żalu.
On jednak wymyślił taki myk.
Chce go wysłać do Warriors, gdzie miałby być 3 opcją za Currym i Butlerem. Pomijam fakt, że za swoje mądrości od razu dostałby w pysk od Draymonda Greena, ale koszykarsko to w Denver już pokazał, że nie nadaje się jako druga lub trzecia opcja, dlatego jest na zsyłce w Nets. O’Connor jednak ponownie chce go umieścić w takim ekosystemie, ale za to w mniej przyjaznych warunkach. To nie będzie rozkoszny Jokić, ale Butler i Green, którzy mogą go zwyczajnie utopić w rzece pod osłoną nocy, jeśli nie będzie grać na odpowiednim poziomie.
I jeszcze ta cena: Kuminga ok, bo to dla GSW balast, który po znakomitym początku sezonu, znowu stał się tym Kumingą, którego nikt nie chce, poza Kings. Mój człowiek Moses Moody w tym sezonie trochę wystaje z kolan. Jest ponad średnią ligową, trochę więcej gra, dostaje nawet szansę w s5 i wolę mieć jego na kontrakcie z ławki/jako startera, niż MPJa. Oddałby też Buddy’ego Hielda, który zalicza regres w tym sezonie i jeszcze do tego wszystkiego mają oddać przyszłe picki, kedy Curry ma 37 lat, Butler 36 i Green 35.
Nawet taki ignorant jak ja wie, że to jest nierealne i wyssane totalnie z klikbajtowego źródełka. I mimo to, tak to czytam i sie zastanawiam: czy on ma w kontrakcie udokumentowane pisanie takich bajów, żeby się takie łosie jak ja na to nabierały i złościły, czy on tak naprawdę myśli i jest przekonany o swojej racji? KOC produkuje te wizje z powagą szamana, który zgubił instrukcję do własnych rytuałów. I to za darmo na Twitterze. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.
Inne newsy/tematy/obserwacje z NBA:
– Gen Z vs Milenialsi: dramy Ja Moranta z Klayem Thompsonem nie chce mi się opisywać i pewnie zostawimy to sobie na podcast. Jeden wannabe gangus w cywilkach pruje się do spranego gracza, który zamyka mu japę w pomeczowym wywiadzie.
– Red Sheppard wybrał przemoc: po ogłoszeniu kontuzji Freda VanVleeta, to Sheppard miał przejąć obowiązki pierwszej jedynki w Houston. Początek sezonu był tragiczny w jego wykonaniu, aż Ime Udoka chyba to zrozumiał i nakazał mu porzucić sny o zostaniu kreatorem i kazał mu po prostu rzucać. Mają Wielkiego Sułtana Senguna, który dba o dostarczenie kolegom piłek. Amen Thompson dostał trochę swobody w kreacji i wychodzi mu to dobrze + dalej działa grawitacja Kevina Duranta w ofensywie. To wszystko sprawia, że na razie (aż tak bardzo) nie potrzebują rasowego playmakera. A Red? On został karabinem maszynowym: od siedmiu spotkań oddaje średnio 6.7 próby rzutu za 3 na mecz i trafia to na chorych 53%. Rockets są piękni, dziwni i straszni zarazem.
– Anthony Davis pod młotek: Mark Cuabn wrócił na trochę do szwefowania w Dallas i mówi, że nie mają w planach oddawać Davisa gdzieś indziej. Tim MacMahon z ESPN, który zawsze ma dobre tejki o Dallas, mówi, że jak najbardziej Mavericks chcą się go pozbyć, co potwierdzają też źródła z innych zespołów. Prognozowany zwort miałby być taki jak za Duranta: kilku solidnych gracz + jakiś wybór w drafcie. Nie będzie to raczej coś w stylu Goberta do Minnesoty za worek picków. Nico Harrison powinien zostać arestowany.
– Tyrese Maxey nie jest kochany przez NBA: w ostatnim Kia MVP Ladder Maxey znalazł się na 8 miejscu w tym plebiscycie. Gdyby nie on, to ta cała koszykówka w 76ers nie miałby sensu. Z całym szacunkiem do Jalena Johnsona i nieobecnego teraz Victora Wembanyamy, ale Maxey powinien być wyżej. Tyle i tylko tyle.
– Chris Paul potwierdził, że ten sezon będzie jego ostatnim: Kiedy przyjdzie ten dzień, to wówczas zrobimy specjalny podcast i pożegnamy go w naszym stylu. Ja za nim płakać nie będę, ale nie wiem czy może Pan Redaktor Kryspin uroni jedną łzę.


Dodaj komentarz