Dokonało się: Sochan poza Spurs

Cytując klasyka: “stało się to, co się miać, stało się miać”. Historia stara jak brud pod paznokciem ligowego weterana. Jeremy Sochan i Spurs spojrzeli sobie w oczy, westchnęli jak para po nieudanym małżeństwie i podpisali papiery rozwodowe. Każdy w swoją stronę, każdy niby dorosły, niby spokojnie.

Tymczasem internet, to wieczne wysypisko emocji i tanich opinii, zapłonął jak kosz na śmieci pod nocnym klubem. Twitterowi bohaterowie, dzięki którym moja sekcja “Dla Ciebie” wygląda teraz jak portal do równoległego świata, gdzie Spurs oddali za darmo top 20 gracza ligi. Mentalne akrobacje, fikołki, przewroty, wszystko pisane po polsku, czasem łamaną angielszczyzną, poziom żenady przebija sufit i leci w kosmos bez skafandra.

Jedni, nasi, z kraju pierogów, już szykują krzyż dla trenera, bo przecież to on musiał pociągać za sznurki. Bojkot, teorie, symulacje kontraktów, gdzie podpisze, za ile, na ile, kto da więcej. Kliknięcia lecą jak puszki piwa w promocji na dyskoncie, kurz się unosi, szum medialny przebija bęben przyzwoitości.

Drudzy, z krainy stóp i cali, stoją w rozkroku jak bohater taniego westernu: z jednej strony tęsknią i płaczą za kolorowłosym bohaterem, z drugiej szydzą z eksperymentu z Sochanem na rozegraniu, bo dzięki temu Spurs złapali wysoki pick w drafcie. Miłość i pogarda w jednym kubku XXXXXL, zamieszane plastikową łyżeczką.



A pośrodku tego medialnego burdelu stoi Sochan. Trochę cicho, trochę z boku, jak gość, którego impreza nagle przestała potrzebować, mimo że jest gospodarzem. Choroba Popa zabrała mu parasol ochronny, rotacja się zamknęła jak drzwi windy, a on został na korytarzu. I zaczyna się szeptanka: co się naprawdę wydarzyło w szatni Spurs, że Mitch Johnson zakopał go w dole z wapnem? Zdrowie? Konflikt? Trenerska vendetta? Bo przecież nie był aż takim totalnym dziadem, żeby go tak przeżuć i wypluć, right? Chociaż, jeśli spojrzeć bez sentymentów, to trochę był.

Prawda jest mniej romantyczna, bardziej betonowa. Sochan utonął w ławce, bo grał w czymś, co udaje contendera – papierowy zamek, który w play-offach dostanie wpierdol jak każdy młody zespół, ale do tego jeszcze dojdziemy – a przez trzy sezony nie wypracował żadnego realnego ofensywnego narzędzia. Zero. Wannabe Draymond Green? “Umarł i pogrzebion”. Rzuty za trzy? Wątpliwe, rzadko wpadają. Ofensywna zbiórka? Raczej akt desperacji niż plan. W dzisiejszej NBA to nie waluta, to drobne w skarpetce. Kredyt defensywny, na którym jechał, skończył się przy kasie. Za wolny na obwód, za wątły pod kosz. Kurtyna.

W zeszłym roku coś jeszcze pobronił, przeszkadzał, pokręcił się przy obręczy, wyglądał jak ktoś, kto może przetrwać w dżungli. Ale w tym sezonie przyszli inni młodzi – bez rzutu, fakt, ale bystrzejsi w rotacji, ogarniający piłkę – i przez to Sochan umarł w dresie na końcu ławki. Taki Carter Bryant nagle robił więcej po obu stronach parkietu, wykonując te małe, brudne roboty wokół Victora i jego koszykarskich minionków, które miał robić Jeremy.


Więc teraz, wolny jak ptak z urwanym skrzydłem, Sochan musi znaleźć zespół, który chce Sochana sprzed roku. Trochę obrony, trochę nacisku, wbicie pod kosz, czasem koślawa trójka. Jeśli trafi tam, gdzie ktoś rozciągnie mu grę, gdzie będzie mógł kończyć akcje, dunkować, czasem dostać piłkę i zaatakować wolniejszego biedaka po zmianie krycia – jeszcze może załapać się na rotację w tym sezonie. O ile zdrowie nie powie “sprawdzam”.

Two-way wygląda jak logiczny plan, ale wtedy play-offów nie powącha, chyba że klub zamieni to na minimalny kontrakt – około 2,3 miliona dolarów z groszem. A teraz otwórzcie sobie Spotrac, te wszystkie aprony, podatki, tabelki, cyfrowe sudoku dla księgowych NBA, i zobaczcie, kto w ogóle może go wcisnąć do budżetu.

Miejsce mają Nets, Grizzlies, Jazz, Bucks, Mavs, Wizards, Bulls, Hornets i może Suns. Tam minimalny kontrakt jest realny, bez wchodzenia w podatek od luksusu. Reszta? Dwa tryby: kombinowanie jak przemytnik dywanów w PRLu albo kreatywna księgowość rodem z garażowych imperiów januszy biznesu.

Plotka mówi, że w trade deadline Knicks, Bulls i Suns pytali o niego, ale Spurs uznali oferty za żałosne. Więc, albo faktycznie były słabe, albo agent pompował balon, żeby było głośno, a wyszło jak zawsze – balon pękł, cisza, echo i kurz.

A jeśli Sochan trafi do drużyny walczącej o coś poważnego, contendera, play-offowego zwierzęcia, i wielki trener uzna, że nie chce psuć spacingu eksperymentami z Jeremym – będzie powtórka z rozrywki. I znowu polskie komentarze, znowu jad, znowu winny trener, bo przecież zawsze ktoś musi być winny.


Tymczasem Mitch Johnson robi na Zachodzie solidną robotę. 38-16 w trudniejszej konferencji. Spurs mają trzeci bilans w lidze. Siódmy atak, siódma obrona, trzecia zbiórka. Maszyna się kręci, nawet mimo kilkunastu nieobecności Wembanyamy i ogromnej gry na kredyt w ataku.

W play-offach jednak, z tyloma młodymi i ofensywnie surowymi graczami, wpadną w blender własnych nadziei i zostaną zmieleni na proszek. I wtedy zacznie się rytuał: obwinianie trenera, kamienie polecą pierwsze z Polski, a biedny chłop już nie przyjedzie do polszy na Bałtyk popatrzeć.


Powodzenia, Jeremy. Smacznych pierogów, szerokiej drogi, niech piłka czasem wpada. Ale jest luty, a świat się nie zatrzymuje.

Na horyzoncie majaczy coś ważniejszego, coś, co pachnie starym snem i mokrym betonem i Alice in Chains puszczanymi o 2 w nocy w alkoholowej malignie: powrót moich SuperSonics. I to dopiero będzie historia, a nie jakieś koperkowe afery…

Opublikowano

w

,

przez


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.